Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (09) marzec 2009

Spotkanie 10 marca

Na spotkanie Dziennikarskiego Klubu Seniorów w dniu 10 marca zaproszona przez nas red. Kamilla Placko-Wozińska, zastępca Redaktora Naczelnego "Głosu Wielkopolskiego" odpowiedziała na pytania zebranych dotyczące ztrudnienia, nakładu, wynagrodzeń dziennikarskich i zasięgu "Głosu".

Drugą część spotkania wypełniły filmy red. Stanisława Kalisza, przywiezione z Kołymy. Redaktor Kalisz, znawca Syberii, jeździ tam co rok Odbył już kilkadziesiąt takich podróży, śledząc przede wszystkim losy Polaków, którzy znaleźli się tam zarówno w czasach stalinowskich, jak i dużo wcześniej.

Przy okazji zrobił wiele reportaży o tym niezwykłym i groźnym kraju, potencjalnie niesłychanie bogatym. Na Kołymie na przykład rocznie wydobywa się 40 ton złota

Filmy komentarzem opatrzył autor.


Nasi goście

Kamilla Placko-Wozińska została pierwszym zastępcą redaktora naczelnego "Głosu Wielkopolskiego" w lipcu 2005 roku. Zajęła miejsce Tadeusza Brzozowskiego, który odszedł z dziennika. Zmiany na stanowiskach kierowniczych nastąpiły też w "Gazecie Poznańskiej". Placko-Wozińska przeszła do "Głosu" z "Gazety Poznańskiej", gdzie przez dwa lata była pierwszym zastępcą redaktora naczelnego, a wcześniej kierowała piątkowym magazynem. W "Głosie Wielkopolskim" już pracowała - w latach 1997-1999 była tam zastępcą sekretarza redakcji.


Stanisław Kalisz. Urodził się w 1957 roku. Pochodzi ze Śląska. Ukończył studia na Wydziale Filmowym Uniwersytetu Śląskiego. Pracę zawodową w dziennikarstwie rozpoczął w 1982 roku w Poznańskim Ośrodku TV. Pracował w Redakcji Informacji, równocześnie realizując reportaże o tematyce społecznej. W 1993 roku został zwolniony z pracy w TV i przeszedł do pracy na własny rachunek w firmie "YSSO". Zainteresował się losami Polaków na Syberii i od wielu lat, jak jedyny poznański dziennikarz telewizyjny zajmuje się realizacją reportaży z terenów byłego "Gułagu". Wraz z operatorem Markiem Antonowiczem odbyli kilkanaście wypraw na tamte tereny.
Między innymi powstały dzięki tym wyprawom następujące reportaże:
"Kanał Stalina" - o Kanale białomorskim
"Magadan - wypad za miasto" - o stolicy radzieckiego "Gułagu"
"Mój tatuś kat" - o córce szefa NKWD Jeżowa
"Kołyma na dnie życia"
Te unikalne filmy, realizowane w miejscach, do których nigdy nie dotarli inni reporterzy, są stosunkowo mało znane, gdyż emitowane są głównie przez kanał "Polonia", który ma niewielką oglądalność.


Nagroda dla Witolda de Mezera.

27 lutego w Wższej Szkole Umiejętności Społecznych odbyła się uroczysta gala, podczas której wręczono nagrody dziennikarskich "Koziołków" za ubiegły rok. Laureatem Nagrody "Senior zawodu" został prezes naszego klubu, redaktor Witold de Mezer.

"Dziennikarskie Koziołki" są nagrodą szczególną. Często dziennikarze otrzymują nagrody od firm czy instytucji, z którymi współpracują. Tutaj nagrody dziennikarzom przyznają dziennikarze i nie jest ważne w jakiej redakcji kto pracuje, w jakim jest stowarzyszeniu, czy kto go poleca. Liczy się osobowość, styl i charakter dziennikarza, jego praca, która nadaje dziennikarstwu status zawodu zaufania publicznego, profesjonalizm i przestrzeganie etycznych kanonów.

W obecnej edycji "Dziennikarskich Koziołków" nagrody otrzymali także: Iwona Krzyżak (Radio Merkury Konin) - za aktywne dziennikarstwo radiowe, Krzysztof Ratajczak (Radio Merkury i TVP) - za kompetencje i fachowość, Wojciech Sikorski (TVP) - za newsowe dziennikarstwo telewizyjne, Grzegorz Sporakowski (Polska-Głos Wielkopolski) - za osobowość dziennikarską i Krzysztof Wodniczak z Poznania - za osobowość dziennikarską i pasje muzyczne oraz zbiorowo "Gazeta Wągrowiecka".

Nadzwyczajne Walne Zebranie Wielkopolskiego Oddziału SDRP


10 marca 2009 r. w sali widowiskowej klubu "Krąg" odbyło się Nadzwyczajne Walne Zebranie Wielkopolskiego Oddziału SDRP. Przeprowadzenie tego zebrania stało się konieczne, ponieważ ustapił dotychczasowy przewodniczący, Stefan Kostecki, jak i niemal cały zarząd, wybrany 17 kwietnia 2007 r.
Zrzekli się funkcji: Kazimierz Rafalik, Grzegorz Sporakowski, Rafał Małolepszy, Andrzej Górczyński i Ryszard Sławiński.


Na przewodniczącego Nadzwyczajnego Walnego zebrania wybrano Ryszarda Sławińskiego. W imieniu ustępującego zarządu sprawozdanie złożył red. Stefan Kostecki. Następnie został wybrany nowy zarząd, w skład którego weszli:

  • Andrzej Górczyński
  • Janusz Heller
  • Filip Krause
  • Witold de Mezer, jako przedstawiciel Zespołu Starszych Dziennikarzy
  • Ryszard Sławiński.
  • Zbigniew Standar.
Postanowiono, że nowy zarząd ukonstytuuje się i wybierze przewodniczącego w późniejszym terminie.

Nasi koledzy - Józef Modrzejewski

Myślę, że mój stary przyjaciel Józek, potrafił i potrafi dotąd zaskakiwać bliższych i dalszych znajomych, czy przyjaciół wielością zainteresowań, którym potrafi poswięcić się z mrówczą, czy też wręcz naukową pracowitościa i dokładnoscią. Choć zapytany kiedyś, czy nie lepiej czułby się na Uniwersytecie na katedrze polonistyki, czy historii regionu wielkopolskiego, który kocha szczerze, odpowiedział, że gdyby miał znów zaczynać... nie zmieniłby w niczym swojej drogi !

Myślę, że te cechy naukowca nie przeszkadzały Józkowi w opracowywaniu materiałow dla radia czy telewizji, gdzie pracował ponad 40 lat. Nie wadziły także w pracy w prasie, którą rozpoczął jeszcze przed II Wojną Światową jako współpracownik Kuriera Poznańskiego, Tęczy czy Orląt w latach 1936-1938.

Nadeszła wojna, a z nią gehenna ludności Wielkopolski szczególnie tej jej bardzo patriotycznej części, a hitlerowcy najpierw zabrali sie metodycznie do wysiedlania tych, którzy narazili sieœ jako powstańcy wielkopolscy. Ba, nienawidzili nas na zapas, także w pokoleniu następnym. I tak Józef Modrzejewski jako synœ żołnierza Legionów J.Piłsudskiego, Powstańca Wielkopolskiego i Pancerniaków, dowodzonych przez Gen. Maczka został wyrzucony do tzw. Generalnego Gubernatorstwa i spędził okupację w Częstochowie. Syn żółnierza, urodzony w r.1921 w Śremie Wielkopolskim, wychowywany był od dziecka w duchu patriotyzmu i miłości do Wielkopolski właśnie. Pobyt na wysiedleniu wykorzystał zreszta metodycznie, bo nie dość, że należał do oddziału Armii Krajowej, co zresztą zrobiło wielu wysiedlonych Wielkopolan, ale w dodatku kontynuował naukę w tajnym Liceum, bo przed wojną skończył Gimnazjum "Collegium Marianum" w Poznaniu. Maturę zdał więc w Liceum pod nazwą "Nauka i Praca", na tajnych kompletach, więc po powrocie do Poznania mógł od razu studiować polonistykę, uzyskując w roku 1948 tytuł magistra filozofii.

Juz rok później zostaje zatrudniony na stanowisku redaktora w Polskim Radio-Poznań i tam zajmuje się tematyką oświatową, awansując do stanowiska kierownika tej redakcji, a potem jako publicysta przygotowuje materiały na antenę o tematyce społecznej i kulturalnej. Rok po powstaniu Telewizji Polskiej w Poznaniu przenosi się tam na stanowisko publicysty i także kierownika różnych redakcji w których tworzy własne cykle programów, z których z największą sympatią wspomina: wieloletnie redagowanie Niedzielnej Biesiady, cyklu publicystycznego z użyciem wozu transmisyjnego Porównania, oraz następnego bardzo złożonego, bo obejmujacego i reportaże filmowe z terenu, oraz część studyjną z udziałem bohaterów tych właśnie filmów terenowych oraz gości zaproszonych do dyskusji o ich poczynaniach. Dyskutantami byli: uczniowie Średnich Szkół, jako Ława młodych oraz znani Profesorowie poznańskich Wyższych uczelni - czyli Ława Starszych. Ten złożony program,stosunkowo długi i wysoko ceniony przez Redakcję Warszawską TVP, bo zawsze nadawany na antenie ogólnopolskiej, miał radość i zaszczyt prowadzić red. Ryszard Podlewski, także polonista i także absolwent Uniwersytetu Poznańskiego.

Z Józiem sąsiadowaliśmy przez lata w jednym pokoju biurko w biurko, na tzw. Strusiej Górce, gdzie w jednym budynku przy ul Strusia mieściły się długo i redakcje radia i telewizji poznańskiej w ramach jednej firmy, czyli Komitetu do Spraw Radia i Telewizji. Tu były redakcje i montażówki, ksiegowośc i Dział Filmowy iœDyrekcja, a co ważne... kasa.
Nasze rozmowy ,wspólne wyprawy po materiały filmowe, przygotowywanie rozmówców i bohaterów po poznaniu ich we własnych zagrodach, warsztatach pracy długo by opisywać... Wiele razy robiliśmy te wypady, niezależnie od pogody i bywało, że.. na taki ziąb wychyliło się przyjazny dziennikarzom w terenie łyk czegoś mocnego, także w drodze powrotnej na tzw. zrzutkę, co pozwalało na liczne i mniej oficjalne rozhowory.

To że i teraz, już na emeryturze także jesteśmy sąsiadami, należy przypisać tylko ślepemu ale łaskawemu losowi. Józek mieszka na Osiedlu Pod Lipami, a ja piszący te słowa na Wichrowym Wzgórzu. Znów traf i jakaś polonistyczno-literacka zbieżność, bo to i Lipy i W. Wzgórza stanowią ważny motyw w literaturze...

Opowiadał mi Józef Modrzejewski o latach, kiedy On zaczynał prace w TV, a ja dopiero o niej marzyłem, o radosnych chwilach wyrobnika słowa jak np. otrzymanie Nagrody zespołowej za Niedzielną Biesiadę w r. 1957, odznaczenia Za Zasługi dla MiastaPoznania w r. 1965, Telewizji Polskiej w r. 1975, Złotego Krzyża Zasługi r. 1977 i Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polskiœ(1987). Przy dwu ostatnich byłem obecny i miałem zadanie zapoznać w swego rodzaju laudacji i zdaje się, że także solidnie zadziwić zebranych z nieznanymi zupełnie, dodatkowymi, a pielęgnowanymi przez lata zamiłowaniami Laureata.

A więc po pierwsze kochał Jozef Modrzejewski od dziecka niemal... "Morze ,nasze morze...", które jak wiadomo trzeba było nie tylko opiewać, ale i strzec... Chyba nikt nie znał tak dokładnie polskich statków marynarki wojennej a także handlowej, jak ten współpracownik marynistycznej i codziennej prasy. Tam to właśnie na łamach, śpiewał Józek o swoim umiłowaniu. A znał na wyrywki tonaż, uzbrojenie, stan załogi i przeznaczenie poszczególnych jednostek jak rzadko kto. Potrafił to po swojemu metodycznie i cierpliwie wyłuskać i przekazać, używając, co dziwne, ale charakterystyczne nigdy pióra, czy długopisu, ale zawsze związanego z Nim i z Jego, pochylonąœ nad kartka papieru sylwetką... zwykłego ołówka. Te rękopisy, szlifowane starannie, znały maszynistki prasy, radia i telewizji a także... Żona-polonistka, która po przejściu na emeryturę asystuje Mu obecnie. Nic więc dziwnego, że przygotowując swoje artykułyœnajpierw wyszperał wszystko On, a dopiero po jakimś czasie inni. W marynistyce zwłaszczaœ pewien autor poznański, który zadziwiająco trafiał i na ten sam statek i jego parametry..!? Tyle, że zawsze post factum, po publikacji prasowej Józka. Tajemnice twórcze, nie do zgłębienia. A jakie są pozazawodowe osiągnięcia Józka? Niemałe: dwukrotne małżeństwo,(r.1959 i 1966), trójka dzieci, czwórka wnuków... zadanie ku chwale Ojczyzny wykonane, jak na Syna Żołnierza przystało.

Na emeryturze zajął się Józek kolejnej swojej pasji, a wiec "chopinianom", które śledził odkrywczo na naszych ziemiach, a także architekturze wsi wielkopolskiej i miast, ale zwłaszcza Poznania. Po Poznaniu lubił wędrować pieszo, a zwłaszcza tramwajami, czasem też taksówką, bo prowadzi stale jeszcze własne badania nad rozwojem i rozbudową pewnych gmachów Stolicy Wielkopolski, czy historia przebiegu starych ulic na przestrzeni wieków. Interesuje Go każda rozpoczęta budowa, każdy wykop pod gmach, jego plany w przyszłości a także każde badanie archeologiczne... Dzięki znajomosciom w sferach największych architektów, archeologów i urbanistów, czy nawet rysowników potrafi wyszperać, znależć i opisać niemal wszystko. A owoce swoich prac wraz z wirtualnymi projektami przyszłych budowli, umieszczał wiele lat na gościnnych łamach Głosu Wielkopolskiego, Naszej Wielkopolski czy Kroniki Miasta Poznania. Ostatnio bardzo Go zajmował problem "Szkarady" u zbiegu M.-M. czyli Ulicy Święty Marcin i alei Marcinkowskiego. Prosil bym Go zabrał na wędrówkę po Alei i uwiecznił to na zdjęciach. Co uczuniłem. Cieszę się,że mogłem Mu, jak zawsze zresztą, służyć pomocą i posłuchać przemysleń i odkryć Wielkiego Pasjonata w wielu dziedzinach.Oto zdjęcia ,zrobione przed kilkoma dniami,kiedy "najbrzydszy budynek Poznania" rozbijały młoty i koparki. Znikały ślady Pasażu a na jego miejscu ma stanąć nowy Szklany Dom z marzeń Mojego Przyjaciela Józka Modrzejewskiego

Ryszard Podlewski


Korespondencja własna z USA


VII Odcinek opowieści Ryszarda Podlewskiego o "Podróży po Yellowstone"

Ekologia przede wszystkim

Jak bardzo starannie Służba Parku dba o jego naturalny stan sprzed wieków, świadczą poszczególne punkty regulaminu, który wręcza się każdemu przekraczającemu jedną z pięciu wielkich, zabytkowych bram do tej zadziwiającej krainy.

Nie wolno karmić zwierząt - i jest to surowo karane, nawet śnić nie można o rzucaniu odpadków, resztek jedzenia, pustych opakowań i jakichkolwiek śmieci. Dzikie zwierzęta muszą się wyżywić same, wyłącznie pokarmem dostępnym im w naturze. Śmietniki są zabezpieczone niby kasy pancerne, nawet zapachy nie mogą się z nich wydostawać na zewnątrz.O rzuceniu czegokolwiek na ziemię obok, nawet nie można marzyć. Rangersi-strażnicy Parku są wyczuleni na każdy taki wybryk.Uzbrojeni są imponująco, bo zarówno w gwizdki, odstraszające bardziej agresywne drapieżniki, rodzaj miotaczy ostrej, sproszkowanej papryki, latarki, pałki,nawet broń krótką, nadajniki i radiotelefony, a przede wszystkim notesy i bloczki solidnych mandatów. Patrolują drogi pieszo, zimą na nartach, a zawsze samochodami, którymi pojawiają się jak duchy na każdym miejscu, gdzie na przykład robi się jakis zbyt długi korek stojących wozów z gapiami, fotografujacymi jakieś wypatrzone zwierzęta. Zator jest energicznie likwidowany, a mandat może do nas trafić nawet z powietrza ,bo Rangersi nadlecą np. helikopterem. Udokumentować są w stanie wykroczenia zdalnie strzelanymi zdjęciami. Każdy obozujący na wydzielonym kampingu musi wszystko co ma w plecaku włożyć do wielkiego pancernego schowka. Jest on bear-safe, a więc niedżwiedzio-odporny i potężne pazury, czy zęby nawet takiego kolosalnego potwora jak niedźwiedź grizzly nie są w stanie go uszkodzić.

W innych parkach, także chronionych, nie ma tych zabezpieczeń i słyszłem, że nawet powieszenie plecaków, zawierających prowiant wysoko na linach, zaczepionych na drzewach nie ratowało przed misiami. Z trzech, czterech plecaków rano udawało sie znaleźć jeden lub najwyżej dwa nietknięte. Jak opisują to kroniki,kiedyś, przed wiekiem, w Parku Yellowstone nikt nie myślał o ochronie przyrody, było to miejsce jakby rozrywkowe, rodzaj cyrku -ZOO. Niedźwiedzie, żeby je mogli oglądać zwiedzający były po prostu przykuwane łańcuchami do ogromnych pni drzew. Zaś zwierzęta roślinożerne jak łosie, czy sarny i bizony otoczone były zagrodami. Na schodkowych stokach "mamucich gejzerów" jeździli cykliści i całymi wycieczkami robili sobie zdjęcia, np."wycieczka sufrażystek" lub "ekipa listonoszy" sadowiła się na stopniach tych naturalnych amfiteatrów. Szkody wyrządzone naturze są do dziś widoczne; na szczęście przyroda powoli, ale skutecznie odrabia straty.

Kiedyś nawet hotelowe pralnie ulokowane były w pobliżu gejzerów i gorących sadzawek, czy stawów. Zwiedzający, by śledzić jaką drogą wypływa krystaliczna woda ze źródeł wrzucali w przezroczyste tonie...mydła które rozpuszczając się ukazywały prądy wodne. Niewiarygodne barbarzyństwo wypierane było powoli.Dziś wszędzie są śmietniki, a recykling obejmuje niemal 100 % odpadów. Wystarczy powiedzieć, że każdego roku odzyskuje się tutaj trzy tony aluminium, 40 ton papieru, 166 ton opakowań kartonowych i 8 ton szkła.Do tego trzeba doliczyć 116 ton odpadów żywnościowych, które są na miejscu kompostowane i używane do użyźniania np. wielkich trawników wokół hoteli. Są one dla jeleni czy bizonów najlepszymi, bezpiecznymi, najszybciej odśnieżanymi pastwiskami w trudnym zimowym okresie.W ogóle zwierzęta doskonale wiedzą, że w pobliżu ciepłych źródeł i gejzerów najłatwiej nawet w najsroższe zimy o zieloną paszę.

Chroni się tu środowisko naturalne przez używanie transportu o napędzie elektrycznym - jak wózki golfowe, lub hybrydowym, jak np."Toyoty-Prius". Wszystkie lampy - 20 tysięcy - zaopatrzone są w energooszczędne żarówki. Zmniejsza to emisję dwutlenku węgla do atmosfery. Korzystający z hoteli otrzymują instrukcję, jak mają się zachować opuszczając pokój: a więc trzeba wyłączyć światło, zamknąć kaloryfer, upewnić się, czy z kranów i pryszniców nie kapie woda, a ręczniki, których chcemy użyć ponownie, należy powiesić na hakach . Wszystko, co rzucone jest na podłogę, zabiera się do prania. A każda, nawet mała oszczędność chroni naszą planetę - tłumaczą. I na ogół turyści decydują się używać ręczniki przez dwa albo trzy dni, co gdzie indziej jest niewyobrażalne. W hotelach w USA nawet całkiem czyste, nietknięte ręczniki zabierają rano sprzątaczki i... wieszają świeże.

Traktujcie przyrodę w naszym Parku z szacunkiem, a naszą pracę z respektem - głoszą przewodniki po tym najstarszym Parku Narodowym świata. Najlepszy gość to taki, po którego pobycie u nas nie ma nawet śladu...twierdzą Rangersi z uśmiechem, ale podobno są o wiele surowsi od policjantów w ściganiu wszelkich, nawet najdrobniejszych uchybień i łamania regulaminu. Są po prostu inni, niż ci, znani na całym świecie z kreskówek telewizyjnych o przygodach Misia Yogi.

Ryszard Podlewski


Copyright 2008-2015 by LT Media Net