Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (08) luty 2009

Spotkanie 9 lutego


9 lutego 2009 r. na spotkaniu Dziennikarskiego Klubu Seniora, redaktor Tadeusz Zwiefka, poseł do Parlamentu Europejskiego poinformował zebranych (około 30 osób) o zasadach działalności tej instytucji. W ożywionej dyskusji dowiedzieliśmy się między innymi o Europejskim Sądzie w Luksemburgu, o obowiązku przestrzegania praw europejskich przez państwa członkowskie, celu wprowadzania tzw. kwot produkcyjnych, pozycji Polski w parlamencie i o wielu innych sprawach, z którymi na co dzień nie mamy do czynienia.

Poza członkami naszego Klubu w zebraniu wzięli udział zaproszeni przez kierownictwo Klubu "Krąg" mieszkańcy Łazarza.


Nasz gość

Tadeusz Zwiefka (ur. 28 grudnia 1954 roku) - polski dziennikarz, poseł do Parlamentu Europejskiego, wybrany z listy Platformy Obuywatelskiej w 2004 roku. Pochodzi z Tucholi, pracował w Szczecinie i Warszawie, mieszka w Poznaniu.

Z wykształcenia jest prawnikiem, ukończył w 1979 roku studia na Uniewrsytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracował jako dziennikarz telewizyjny w Telewizji Polskiej i wykładowca akademicki. Był szefem redakcji Informacji regionalnego ośrodka TVP Poznań sprawozdawcą parlamentarnym i popularnym prezenterem "Wiadomości" w TVP1, następnie szefem szczecińskiego ośrodka TVP. Prowadził program reporterów "Telekurier" w regionalnej TVP3. Wykłada dziennikarstwo telewizyjne i kulturę języka polskiego w poznańskich uczelniach wyższych i w Wyższej Szkole Zarządzania Środowiskiem w Tucholi. Zna, na poziomie średnim, język niemiecki, angielski i rosyjski.

W wyborach europejskich 13 czerwca 2004 r. startował z list Platformy Obywatelskiej w okręgu nr 2 obejmującym województwo kujawsko-pomorskie. Otrzymał 26 144 głosy (trzeci wynik w regionie), uzyskując jedyny mandat z tego okręgu.


Pean na cześć Monidła









Pean na cześć "MONIDŁA" i ĆĆĆ
@@@@@@@@@@@@@@@@@@

Komu odżywianie w fastfoodach obrzydło,
ten mądrze wybierze - poznańskie "MONIDŁO".
Tu zje smacznie, zdrowo i w zacnej kompanii,
nikt go tu na cenie, wadze, nie omami,
tu Szefunio Kuchni świetne jadło warzy,
nad talerzem widzisz wiele znanych twarzy,
bo bywa tu zwykle dziennikarska "Góra",
ci od komputera, foto, czasem ... pióra.

Zachodzi tu Janio, Kazio, Witek, Antek,
Grześ się tu przewinie, Marek - w czwarty czwartek...
można się tu natknąć na Kamillę Panią,
ma pseudonim: "Baba"- można liczyć na Nią,
siądzie Andrzej, Mietek, Ryśki ...Dwa i Janek,
sączą sobie, gwarząc pod piw kilka szklanek,
a na ścianach wiszą zawsze różne dzieła,
są też zdjęcia ślubne, skąd się nazwa wzięła...

Jest tu atmosfera, co sprzyja pogwarkom,
wiec ja "Pean" piszę na chwałę: "Ć - Ćwiartkom",
- Nie chcesz piwa? - Spróbuj więc "Wściekłego Psa",
lecz- UWAGA!...ostry, bo swoją moc ma!!!
Specjalność Zakładu, na słabość naraża,
miast zagryźć... odchudza - kieszeń dziennikarza!.


OBJAŚNIENIA:
$$$$$$$$$$$$$$$$
Janio - red. Janusz Marciszewski - "Senior",
Kazio - art. plastyk - dziennikarz - Kazimierz Rafalik,
Witek - red. Witold de Mezer "Jubilat",
Antek - operator film. TV - Antoni Antkowiak,
Andrzej - red. prof. - Niczyperowicz,
Grześ - red. Grzegorz Sporakowski,
Rysiek I.- red. Literat - Ryszard Danecki,
Rysiek II.- red. Literat - Ryszard Podlewski,
Janek - red. oper. film. TV - Jan Kurek,
Marek - red. Zaradniak,
Mietek - red. Mieczysław Skąpski,
Kamilla Pani - red. Placko-Wozińska...
i inni.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
"Wściekły Pies"-trunek, co wzbudza szacunek!
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Adres "Monidła"- Poznań ul. Jana Matejki 68
e-mail:biuro@monidło.com.pl









I ty zostaniesz emerytem

W każdy drugi wtorek miesiąca w gościnnych progach osiedlowego Klubu Osiedlowego "Krąg" zbiera się niewielka grupa dziennikarzy emerytów. Spotykają się od lat: na pogawędkach "o wszystkim", wspomnieniach, relacjach z podróży i dyskusjach o bieżących wydarzeniach w kraju i na świecie. Wspominają czasy, kiedy praca w mediach była ich chlebem powszednim, zawodem i przygodą; kiedy byli informatorami społeczeństwa, teraz zaś są odbiorcami informacji, czytelnikami artykułów młodszych kolegów po piórze.

Nowoczesne środki przekazu ” słowa i obrazu, zupełnie zmieniły charakter i tempo pracy zawodu dziennikarskiego. Mało kto pamięta, że jeszcze w drugiej połowie ubiegłego wieku na realizację zamiejscowej rozmowy telefonicznej trzeba było czekać nawet kilka godzin, a "błyskawiczna" często błyskawiczna nie była.

Dziennikarski Klub Seniora (dawniej Zespół Starszych Dziennikarzy) liczy dziś około 25 osób. "Około", bo ta liczba jest płynna. Niebawem będzie obchodził 45-lecie istnienia. Powstał w roku 1965 i składał się z 10 członków. Zebranie założycielskie odbyło się w prywatnym mieszkaniu inicjatora ZSD, Henryka Śmigielskiego, redaktora poznańskiego oddziału Ilustrowanego Kuriera Polskiego. Członków dość szybko przybywało, wielu bowiem dziennikarzy korzystało z usankcjonowanej wreszcie prawnie możliwości przechodzenia na emeryturę. Zawód ten zaliczono bowiem do grupy niebezpiecznych, gdyż średnia długość redaktorskiego życia wynosiła 54 lata. Dziennikarze nękani byli wieloma dolegliwościami zdrowotnymi, takimi jak choroba wrzodowa żołądka, gruźlica, nerwice, a często zawały i inne choroby serca. Wpływ na to miał, wynikający z zawodu, tryb życia, m.in. nienormowany czas pracy, nieregularne posiłki, stres, ciągły pośpiech. Przybywało więc kandydatów na emerytów. W latach 70-tych w klubie było już 40 członków.

W miarę własnych sił i środków ożywiali swoją pracę. W działalności pomagały im jeszcze wtedy macierzyste redakcje mediów. Dopóki istniała RSW "Prasa" można było korzystać z jej sali konferencyjnej na miejsce comiesięcznych zebrań. Zapraszano na prelekcje ciekawych ludzi, organizowano jubileusze, wycieczki krajoznawcze, spotkania opłatkowo - noworoczne. W ciągu kilku lat poznański zespół okazał się najbardziej żywotny spośród istniejących przy regionalnych ośrodkach dawnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Bardzo aktywny w tej działalności był ówczesny przewodniczący zespołu, Józef Tułasiewicz.

Wyrazem uznania dla pracy wszystkich członków, było w roku 1978 wyznaczenie Poznania na miejsce Ogólnopolskiego Zjazdu Seniorów Dziennikarstwa Polskiego.

W warunkach przemian strukturalnych na przełomie wieków nie wszystkie kluby przetrwały. W Poznaniu po przebudowie gmachu dawnej "Prasy" nie było miejsca dla seniorów. Likwidacja i łączenie pism spowodowały, że zabrakło sponsorów. Nowe kierownictwa nie czuły więzi ze starymi pracownikami. Problemem stały się comiesięczne spotkania. Z pomocą "bezdomnym" przyszedł kierownik KO "Krąg" Janusz Heller, dając gościnę w swoich lokalach.

Od paru lat seniorzy znów zaczęli się regularnie spotykać. Dzielą się swoimi problemami. Jak w rodzinie.

Obecnie już drugą kadencję funkcji przewodniczącego KDS pełni Witold de Mezer.

Teraz chodzi o to, by następowała wymiana dziennikarskich pokoleń, żeby Klub Dziennikarzy Seniorów nadal istniał. Bo starych będzie ubywać, a "młodzi emeryci" jakoś się nie kwapią do tych spotkań. Może nie przyzwyczaili się jeszcze do nowego statusu emeryta?...

Zofia Dohnke

Wspomnienie o Kazimierzu Pierzchlewiczu

Seniorem został po 40 latach pracy dziennikarskiej w Rozgłośni Poznańskiej Polskiego Radia.

Chociaż nie. Najpierw, od roku 1949, był korektorem naszych antenowych tekstów, które czytaliśmy sami, bądź robili to za nas lektorzy. Zawiłości gramatyki, pisowni i stylistyki języka polskiego miał bowiem Kazio - jak to się mówi - w jednym palcu, co - nawiasem mówiąc - wykorzystywaliśmy również wtedy, gdy jego obowiązki zmieniły się z korektorskich na dziennikarskie.

I dziwne, ale prawdziwe. On - filolog klasyczny z racji przedwojennej matury, później absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Poznańskiego stał się nagle u nas, czyli w radiu - entuzjastą tematyki ekonomicznej. W tamtych czasach gospodarki państwowej, współzawodnictwa, wykonywania planu i podnoszenia norm, w czasach wytycznych, odpraw, instrukcji i poleceń - było to nie lada wyzwanie. Ale redaktor Pierzchlewicz radził sobie z tym wszystkim chyba najlepiej, jak było wówczas można.

Oto mianowicie postawił w centrum uwagi swoich dziennikarskich penetracji nie "wytyczne", lecz sprawy ludzkie. Nagrywał materiały i pisał o ludziach z inicjatywą, z ciekawymi pomysłami, o ludziach przywiązanych do swojej pracy, swego warsztatu, swojej fabryki. "Wielkopolska gospodarka", "Patrioci na co dzień" oto przykłady cyklów audycji autorstwa Kazia Pierzchlewicza.

Z czasem jednak jego prawdziwym "konikiem" stała się problematyka proeskportowa i Międzynarodowe Targi Poznańskie. Nawiązał nawet w tej materii współpracę z poznańską prasą, w efekcie czego narodził się pomysł wspólnego konkursu "Wielkopolska dla eksportu".

No i jeszcze audycja szczególne - "od serca" - w treści odbiegające od prozy publicystyki ekonomicznej, dla Kazimierza Pierzchlewicza, kaprala podchorążego 17 Dywizji Piechoty, o wyjątkowej wadze.

Były to dźwiękiem spisywane wspomnienia własne i kolegów, z którymi dzielił los żołnierza 1939 roku i jeńca - najpierw w obozie radzieckim (cudem uniknął Katynia!), a potem obozów niemieckich w Neubrandenburgu i Woldenbergu.

Te nagrania, mające walor dokumentu historycznego, należały do jednych z ostatnich dokonań dziennikarskich Kazia. A potem, gdy przeszedł na emeryturę, nie zapomniał ani o Rozgłośni, ani o nas, coraz bardziej wykruszającej się garstce powojennego pokolenia poznańskich radiowców.

Aż do sierpnia 1995 roku. Odszedł niespodziewanie w środku lata, w wyniku nagłego ataku sercowego. Bo serce, jak pamiętam, dokuczało mu od zawsze. Może od nadmiaru pracy, może od szczególnej wrażliwości, a może dlatego, że miał je nie tylko dla siebie?

Dużą część (tego serca), a wiem to na pewno - zostawił przy swoim przepastnym biurku w dawnym budynku naszej Rozgłośni przy ulicy Strusia 10 w Poznaniu.

Urszula Lipińska


Korespondencja własna z USA


Ryszarda Podlewskiego Część VI zapiskow z podrozy po Parku Yellowstone USA.

Hotele potrafią przetrwać...

Podróżowanie przez dziesięć dni to w wypadku Yellowstone prawie tyle noclegów, w różnych punktach tego ogromnego Parku Narodowego. Rozciąga się on przecież w trzech stanach: Montana, Wyoming i Utah. Stąd moja znajomość wielu miejsc, w których spędzało się noce i restauracji, gdzie zdrowo się jadło, bo nie było tam ani jednej placówki Mac Donalda, ani Pizza Hut.

Pierwszym hotelem, który zamówiony był już dla nas na kilka miesięcy przed naszym przylotem do Stanów, był "Mammoth Hot Spring Motel", najbliższy jak wskazuje nazwa Gejzerom Mamucim; był to obszerny,wygodny zajazd sprzed wieku, w którym można było przenocować kupić pamiątki "indiańskie", "traperskie", czy gadżety związane z Parkiem. Łączyło je to, że i Szoszonów i Siouxów, reprezentowali zmyślni i pracowici ...Chińczycy. Podrabiają oni tak genialnie pióropusze, "fajki pokoju", czy amulety, noże, czy tomahawki, jak popielniczki, kubki i kapelusze "Stetsona".Mają jedną zaletę: są zadziwiająco tanie. Ale dla czystości gry handlowej, wszystkie najpierw oznaczane były "Made in China", a potem, kiedy okazało się, że marka ta odstrasza, lub wręcz likwiduje zainteresowanie klientów wybredniejszych, noszą markę: "Made in C.P.R". Nie każdy przecież jest w stanie rozszyfrować kraj pochodzenia, a to po prosu: "China People's Republic" - niby inaczej wygląda, ale znaczy to samo. Poza tym łatwiej teraz można odróżnić Tajwan i Honkong od Chin Ludowych.

Hotel podawał jedynie płyny, a więc: kawę, herbatę, wodę mineralną oraz napoje zwane wyskokowymi. Wszystko inne zapewniały leżące opodal: sklepy, bar i restauracja. W restauracji trzeba było wcześniej rezerwować miejsca przy stolikach, albo czekać, czasem dość długo, aż opróżnią się te po tych najszybszych. W tej to właśnie restauracji zjadłem po raz pierwszy w życiu z prawdziwym apetytem ...kiełbasę z bizona (oczywiście hodowlanego,ale zawsze) - na gorąco. Smakowało jak kiełbasa wołowa, tyle że nie była przyprawiona w guście Europejczyka, a tym bardziej Polaka...My wiemy, jak powinna smakować ta wędlina. Śmieszy mnie zawsze, że w Ameryce o bardzo licznej przecież Polonii sądzi się, że kiełbasa, produkowana pod nazwą "Kowalski Polish Sausage" to przysmak rodaków Kościuszki, czy Paderewskiego!. Tymczasem ten wyrób w niczym nie przypomina "kiełbasy polskiej".

Kolejne hotele były bardziej lub mniej wygodne, ale zawsze oryginalne i stylowe. Na przykład najwygodniejszy i najbardziej nowocześnie urządzony był ten, który mieścił się ...w prostych chatach z sosnowych pni, uszczelnionych, niby nasze zakopiańskie, gliną, zamiast warkoczy ze słomy. Mieliśmy w tych blockhousach prysznice, WC, lampki osobne dla każdego, bardzo wygodne tapczany. A posiłki jedliśmy w różnych lokalach, także takich, gdzie płaciło się po prostu umowną kwotę, a jeść można tyle i to, co sobie ktoś wybrał do woli. Raj dla żarłoków. Dla zwykłego człowieka - zabójcze.

Był także hotel noszący miano "The Lake Hotel", odrestaurowany z pietyzmem, cały zbudowany i wyposażony wyłącznie w meble z drewna. Hotel ogromny, w stylu jakby kolonialnym, pamiętający twórcę Parków Narodowych w USA prezydenta Teodora Roosevelta, poprzednika Wielkiego Delano. Mimo takiego samego nazwiska nie byli ci prezydenci ze sobą spokrewnieni. Hotel ma wnętrze piękne, gdzie wszystko: ściany, podłogi, dywany, meble i schody pomalowane są na biało. Wybudowano go w roku 1891, a jest tak wielki, że nocuje w nim podczas każdego sezonu około 75 tysięcy gości. Ponieważ drewno to materiał stosunkowo nietrwały, więc od roku 1979 przez całą dekadę poddawano to cacko kompletnemu remontowi. Hotel robi na patrzącym z zewnątrz imponujące wrażenie, bowiem stopniowo rozbudowywany zyskiwał coraz więcej pokoi i wygód, restauracji, kawiarń itp. Dodano mu nie tylko setki pokoi, ale i wspaniałe kolumny i gzymsy, motywy dekoracyjne, a uchodzi, chyba słusznie za największy budynek hotelowy, wykonany tylko z drewna...na świecie! W czasie wielkiego pożaru w roku 1988, to właśnie ten zabytkowy obiekt chroniony był przez całe potężne zespoły straży pożarnej. I udało się.

Są hotele, które są wielkimi miejscami etapowymi, mają bardzo piękne ,przestronne halle i ogromne tafle szyb, przez które można podziwiać miejscowe atrakcje. Taką budowlą jest np. "Old Faithful Inn",zbudowany przy tym poczciwym, niezawodnym gejzerze juz w roku 1903. Wszystkie są wyposażone w sklepy, z opisaną już poprzednio przeze mnie, zbieraniną "suwenirów", podejrzanej jakości i pochodzenia. Jedno jest pewne ...kupione są tu na miejscu w Yellowstone. To mniej wybrednym wystarcza.

Jedna z budowli hotelowych Parku zachwyciła mnie bez reszty. Znalazłem w tym budynku jakby ślady stylu podhalańskiego. Przypominał to spadowy dach, kryty jakby gontem, okienkami "facjatek", solidnymi podstawami z belek i ogromnymi sieniami wewnątrz, otoczonymi balkonami z surowych, jakby tylko ledwo ostruganych konarów sosnowych. Tam był bliski mi klimat, no ale też za to samo, co w innych przystaniach turystycznych, wystawiano prawdziwie "wysokogórskie" - słone ceny.

Kiedy juz wracaliśmy, zahaczając znów o "Mamucie Gejzery" nocowaliśmy już w "Cabins at Mammoth Hot Springs", skupisku dwu i czteroosobowych domków, przed którymi stały wozy podróżników, a jak na naszych europejskich campingach zabiegi higieniczne zapewniały nam osobne łazienki, pralnie i toalety. Te schroniska nie miały żadnego charakteru, ot, zwykłe noclegownie. Ale spało się wszędzie naprawdę dobrze, choć czy mi się to uda wydawało się z początku nieprawdopodobne. A jednak. I dlatego mam tyle w tych odcinkach do opowiadania... No to do następnego...

Ryszard Podlewski

Copyright 2008-2015 by LT Media Net