Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (07) styczeń 2009

Spotkanie noworoczne



Zgodnie z wieloletnia tradycją naszego Klubu, również w tym roku, w dniu 13 stycznia, odbyło się uroczyste spotkanie noworoczne. Byli na nim obecni prezes Zarządu Wojewódzkiego SDRP Stefan Kostecki oraz kierownik "Kręgu", Janusz Heller.


Nowa członkini naszego klubu, pani Grażyna Polarczyk, która jest kierowniczką zaprzyjaźnionego z "Kręgiem" przedszkola numer 44 im. Janusza Korczaka zaprosiła na nasze zebranie zespół przedszkolaków. Dzieci przedstawiły nam jasełka, wspólnie śpiewaliśmy kolędy. Na zakończenie pozowaliśmy wspólnie do pamiątkowej fotografii.

Przewodniczący naszego Klubu, redaktor Witold de Mezer wręczył okolicznościoweą jubileuszowe nagrody redaktorom Urszuli Lipińskiej i Sewerynowi Biegańskiemu.. Nagroda została ufundowana głównie z oszczędzonych przez Zarząd Klubu pieniędzy składkowych, gdyż już od dłuższego czasu nie otrzymujemy żadnych sum od poznańskich mediów, co wcześniej było regułą.

Jednak dzięki pomocy Osiedlowego Domu Kultury "Krąg" to spotkanie zyskało godną oprawę - były białe obrusy, napoje i ciastka do wyboru.

Datę następnego spotkania wyznaczono wyjątkowo na poniedziałek, 9 lutego, ze względu na okoliczność, że tylko w poniedziałek w zebraniu może wziąć udział nasz gość, eurodeputowany redaktor Tadeusz Zwiefka.. Będzie to pierwsze nasze spotkanie z parlamentarzystą europejskim.

Jan Kurek

Jubileusz Witolda de Mezera



"Labor Omnia Vincit" dla red. Witolda de Mezera

Miło nam powiadomić, że zasłużony działacz naszego Stowarzyszenia red. Witold de Mezer 2 lutego 2009 r. ukończył 85 lat. Z tej okazji Jubilat został odznaczony Złotym Medalem Towarzystwa im. Hipolita Cegielskiego "Labor Omnia Vincit".
Na uroczyste uhonorowanie Jubilata 3 lutego br. zaprosił dziennikarzy i rodzinę Pana Witolda prezydent Towarzystwa im. Hipolita Cegielskiego dr Marian Król.

Gratulujemy red. de Mezerowi wspaniałego jubileuszu oraz pełnym głosem śpiewamy mu tradycyjne "Sto lat"!




Słowo o Jubilacie

Od lat pozostajemy pod niewątpliwym urokiem osobowości naszego starszego kolegi red. Witolda de Mezera - zawsze sympatycznego, pełnego energii. Szanujemy go, bo jest on wzorcowo odważny i przy tym przekorny. Potrafi bowiem naginać bieg wydarzeń do swoich pragnień. Bardzo nam to imponuje. Podziwiamy go wszyscy, zdając sobie sprawę z tego, że kto nie dąży do rzeczy niemożliwych, nigdy ich nie osiągnie.

Ponad wszystko nasz Jubilat Wiktor, który 2 lutego 2009 r. doczekał szczęśliwie 85 roku życia, zawsze chce być po prostu taki, jak każdy; i dzięki temu nie jest podobny do nikogo. Okazuje się teraz - po latach naszej znajomości i współpracy - że nadal nie znamy się zbyt dobrze, bo, jak mawiał Oscar Wilde, tylko powierzchowni ludzie znają się gruntownie..

Gdyby jednak pokusić się o próbę określenia charakteru naszego Jubilata, to należy się skłaniać do kryterium, w którym wyrazem usposobienia człowieka jest to, co on uznaje za śmieszne. Bez humoru pan Witek żyć nie potrafi. Dlatego nie można go zaliczać do ludzi poważnych. Facet poważny ma mało pomysłów, a z kolei pomysłowy - jakim jest na co dzień red. de Mezer - nigdy nie bywa posępny.

Od lat podziwiamy naszego Jubilata, jak demonstruje to, że jest człowiekiem wolnym. Wiadomo, tylko ludzie wolni są w stanie torować drogi, jakie i nam mogą się spodobać. Nic zatem dziwnego, że wszyscy pragniemy być blisko pana Witka, bo właśnie wobec niego udaje się nam dostosować do pewnej starożytnej zasady podwójnie: zastaliśmy go jako nauczyciela, a teraz pragniemy pozyskiwać go sobie jako przyjaciela.

Cieszymy się - w raz z jego Rodziną - okazałą chwilą 85. Urodzin Pana Witolda. Jak zwykle, w tych uroczystych spotkaniach niech zdarzy się odrobina szaleństwa; bo jak powszechnie wiadomo, kto żyje bez szaleństwa jest mniej rozsądny niż mniema.

Jubilatowi życzymy dobrego zdrowia, pomyślności na co dzień i wielu wspaniałych przygód. Dzięki Jubilatowi mogliśmy się zorientować jaka jest obecnie sytuacja w ruchu młodzieżowym, no i w upływie radosnego czasu.

BIS

Nasi koledzy

Mieczysław Skąpski czyli spowiedź mamuta

Nazywają nas dinozaurami, albo mamutami, a grzeczniej nestorami albo - jeszcze grzeczniej - seniorami dziennikarstwa. Nasza grupka z roku na rok topnieje, w każdym razie ta, do której należę, a w które mieszczą się dziennikarze z ponad 50 letnim stażem. Tkwiłem w tym zawodzie 57 lat, mało żyje jeszcze kolegów legitymujących się dłuższym stażem.

A zaczęło się w 1950 roku, kiedy to będąc na I roku geografii Uniwersytetu Poznańskiego złożyłem wizytę redaktorowi naczelnemu Głosu Wielkopolskiego Janowi Zagierskiemu i wyraziłem chęć pracy w tym zawodzie. Dostałem propozycję napisania "na próbę" kilku artykułów, co niezwłocznie uczyniłem. Była jesień 1950 roku, szefem Głosu był już ktoś inny, moje artykuły nigdy nie zostały wydrukowane, odpowiedzi nie było. Zapomniałem o sprawie. Aż tu pod koniec roku dostałem z Zarządu Głównego RSW Prasa pisemko informujące, że mam się zgłosić do redakcji albowiem od 1 stycznia 1951 jestem zaangażowany do pracy w Głosie Wielkopolskim. Przydzielono mnie do Działu Miejskiego, gdzie od razu dostałem polecenie udania się na otwarcie nowej spółdzielni pracy (kuśniersko - futrzarskiej). Nikt mnie niczego nie uczył, niczego nie doradzał. Byłem, zobaczyłem, napisałem (oczywiście ręcznie, albowiem nie miałem pojęcia o pisaniu na maszynie), podyktowałem maszynistce i oddałem kierownikowi działu. Kiedy następnego dnia przeglądałem rano gazetę, ku swojemu zdumieniu znalazłem tam mój artykulik.

Następowało stopniowe wdrażanie się do zawodu. Jednocześnie nastąpił zwrot w moich studiach, mianowicie po I semestrze przeniosłem się na prawo, które ukończyłem w roku 1953. A w redakcji? Po roku lub dwóch zostałem redaktorem depeszowym. Przeszedłem "przeszkolenie" polegające na tym, że przez kilka wieczorów przyglądałem się pracy najpierw redaktora technicznego (w drukarni) a następnie równie "długo" redaktora depeszowego. Takie przygotowanie musiało pociągnąć za sobą opłakane skutki. Pewnego wieczoru na biurko spadła mi depesza o wynikach wyborów parlamentarnych w Niemieckiej Republice Federalnej. Posłałem ją do składu, a tu po pewnym czasie przyszedł komentarz do tychże wyborów. Nie wiele myśląc posłałem go również do linotypisty. Nie minęło wiele czasu, gdy nadesłano kolejny komentarz do tychże wyborów. Od razu wrzuciłem go do kosza. Gdy zjawiłem się w redakcji następnego dnia sekretarka powiedziała: ma pan natychmiast iść do szefa. A ten powitał mnie pytaniem, dlaczego na łamach ukazał się komentarz zachodnioniemieckiej agencji, a nie wschodnioniemieckiej. Odpowiedziałem, że po prostu tamten przyszedł wcześniej. Co za polityczna gafa? Skończyło się na łagodnej reprymendzie. Gorzej było, gdy po paru latach jako redaktor działu ekonomicznego napisałem ostry artykuł na temat złego traktowania młodych pracowników największych w Poznaniu zakładów Cegielskiego (wtedy im. Stalina), studiujących zaocznie na Politechnice. Odmawiano im ustawowo zagwarantowanych przywilejów, np egzaminacyjnych itd. Ostro skrytykowałem - po nazwisku - wicedyrektora odpowiedzialnego za sprawy kadrowe. Okazało się, że był on członkiem Egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a więc personą wysoko ustawioną politycznie. Podobno w KW zagrzmiało: to jest atak na partię. Była też burza w redakcji, wyglądało na to, że pewnie wylecę z pracy. Zostałem wezwany do Sekretarza KW do spraw propagandy, którym był wówczas Wincenty Kraśko, człowiek wielkiej kultury (wsławił się w 28 czerwca 1956, kiedy jako jedyny z kierownictwa KW wyszedł do protestujących robotników, gdy wszyscy pozostali członkowie kierownictwa schowali się do mysiej dziury). Kraśko stanowczo, ale jednocześnie raczej łagodnie, polecił mi odwiedzić i wysłuchać owego wicedyrektora. Wysłuchałem długiej perory na temat tego jak to ja śmiałem uczyć socjalizmu człowieka, który o socjalizm walczył już w brygadach międzynarodowych w wojnie domowej w Hiszpanii. Żadnych innych konsekwencji nie było. Takich wpadek dziennikarskich mógłbym oczywiście opisać więcej..

I tak stopniowo uczyłem się zawodu, awansowałem na kierownika działu kultury, potem na sekretarza redakcji, aż w 1973 roku dostałem propozycję utworzenia tygodniowego kolorowego pisma ilustrowanego. Pismo otrzymało nazwę Tydzień i było ważnym etapem mojej kariery dziennikarskiej. Musiałem tworzyć wszystko od podstaw, a więc przede wszystkim zebrać zespół dziennikarzy, nadać pismu odpowiednią linię, nauczyć się techniki druku pisma ilustrowanego (a było to pierwsze w Poznaniu kolorowe pismo). Ze zmiennym szczęściem kierowałem tym pismem bez mała 8 lat aż do roku 1980, kiedy nakłoniono mnie do rezygnacji z tej funkcji. Dodam, że w tym czasie byt pisma był całkowicie ustabilizowany, tygodnik sprzedawał się bez zwrotów (spod lady) przy nakładzie 70 tysięcy egzemplarzy, co porównując do lat obecnych, było nakładem olbrzymim.

Wróciłem do Głosu na samodzielne stanowisko komentatora i utworzyłem tam sobie gniazdo jak sprawozdawca parlamentarny. Byłem nim aż do roku 1990, czyli transformacji ustrojowej, odnosząc znaczne sukcesy, jak nagrodę marszałka Sejmu i nagrodę Klubu Sprawozdawców Parlamentarnych.. W 1990 roku przeszedłem na wcześniejszą emeryturę, nadal utrzymując współpracę z Głosem. Kiedy jednak odebrano mi - jak i wielu innym - pewne przywileje podnoszące wysokość emerytury (m.in. za Krzyż Kawalerski i za pracę w warunkach szkodliwych) zrezygnowałem z emerytury i wróciłem na etat, na którym wytrwałem aż do właściwego wieku emerytalnego, czyli do roku 1995. Jednak dalej codziennie przychodziłem do redakcji wykonując powierzone mi zadania, głównie przy redagowaniu dodatku Głos Domowy, który utworzyłem. Wreszcie tę funkcję przejął młodszy kolega, a moja współpraca stopniowo wygasała, koncentrując się na tematyce turystycznej, wynikającej z działalności w Klubie Publicystów Turystycznych Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, z którym odwiedzałem wiele atrakcyjnych miejsc w Polsce. Rozwinąłem także zwiedzanie świata (już za własne pieniądze) odwiedzając mnóstwo miejsc szczególnie ciekawych, żeby wspomnieć tylko o USA, Afryce (Maroko, Tunezja, Egipt, Kenia), Azji (Indie, Laos, Daleki Wschód Rosji). Odbyłem dwie podróże po Kresach wschodnich, zarówno tych dzisiejszych, jak tych przedwojennych, z których opublikowałem cykle korespondencji, za które otrzymałem nagrodę w konkursie Klubu Publicystyki Turystycznej.

Kiedy już ostatecznie wycofałem się z aktywności dziennikarskiej otrzymałem niespodziewaną propozycję współpracy z miesięcznikiem Nowator i tam opublikowałem szereg wywiadów z czołowymi postaciami świata techniki i gospodarki.

I na koniec pozostało mi uczestnictwo w spotkaniach Klubu Starszych Dziennikarzy, które sobie cenię jako ostatnią nitkę łączącą mnie z zawodem, w którym przepracowałem 57 lat.

Mieczysław Skąpski

Korespondencja własna z USA


Ryszarda Podlewskiego Część V zapiskow z podrozy po Parku Yellowstone USA.

Rozmaitość gejzerów.

Przyznaję, że miałem dotąd dość słabe wyobrażenie o gejzerach, jako zjawisku, występującym na terenach wulkanicznych. Myślałem, jak większość Polaków chyba, że to coś takiego jak oglądamy na filmach, zdjęciach, czy reportażach z Islandii. Po prostu: gejzer to taki gorący wodotrysk, a im wyżej sięga strumieniem, tym on ważniejszy i bardziej wartościowy. Tymczasem pobyt i wędrówka po "polach gejzerowych" w Yellowstone zmusza do rewizji banalnego wyobrażenia. Fakt, że przeważnie rozległe te tereny widać z daleka z szosy, bo zdradzają je kłęby pary, widoczne z daleka, z drogi, którą poruszamy się w wędrówce. Nasi gospodarze ułożyli tak plan podróży, żeby potęgować wrażenia. A zatem zawsze poznajemy nowe pole, po mniej lub bardziej widocznych oparach, wybuchach pary, a nie koniecznie zawsze... wody. Są takie stanowiska, poprzecinane labiryntem chodników z drewnianych bali i desek , bo wszystko musi być budulcem miejscowym, "organicznym", gdzie chodzi się i podziwia małe niby-źródełka czystej wody, otoczone kolorowymi ramami - obwódkami o rozmaitym kształcie .Mienią się wszystkimi kolorami tęczy i aż dziw bierze, że tę paletę barw tworzy sama natura. Widać, że różne są także składniki poszczególnych wypływów z wulkanicznej skorupy, bo każdy gejzer ma innego koloru otoczkę. Także brzegi i stożki bywają bardzo urozmaicone. Spod nieznanej widzowi skorupy wypływa pod różnym ciśnieniem woda, w której, nie do wiary, ale upodobały sobie żyć różne "thermophile", czyli ciepłolubne stworzenia na niskim poziomie rozwoju. Na przykład bakterie, a może i wirusy ? Są także, występujące jedynie tu i nigdzie indziej na świecie odmiany pająków, pełzających stworów, zbudowanych z czegoś, co nie podlega zniszczeniu, czy zabiciu przez trudne środowisko. Trochę jakbyśmy wylądowali na jakiejś dalekiej, nie sprzyjającej życiu organicznemu planecie...

Podziwiamy różnorodność kształtów i barw i wędrujemy następne kilometry, żeby dotrzeć do miejsca, gdzie chodniki, dostępne dla każdego, kto opłacił pobyt na tym terenie, pozwalają nam podziwiać następne cuda. Oto "gejzery błotne", czyli jakby misy wypełnione różnej barwy błotkiem, albo masą, gotową do wyrobu ceramiki. Ja, patrząc na te bąblujące miejsca, miałem skojarzenia z kadziami przygotowanej masy w fabrykach ceramiki np. Miśni, czy Ćmielowa, lub najbliższej nam Chodzieży. Niektóre gęste i lepkie, no i gorące breje były brązowe, inne czarne, a jeszcze inne czysto-białe, jak roztopiony kaolin. Tylko brać i lepić naczynia.

Oglądamy też gejzer błotny zamarły od lat, z którego nic już się nie wydobywa, a zagłębienie pokryte jest popękaną skorupą, niby powierzchnia jakiejś spieczonej słońcem pustyni. Różne są skojarzenia, jak różne są doświadczenia i odniesienia rozmaitych ludzi..

Ruszamy dalej, bo czekają na nas "gejzery wydające różne odgłosy". I tu oprócz obłoków pary i strumieni buchającej wody otacza nas świat dźwięków, różny od poprzednich ,milczących, cichych miejsc. Czasem byliśmy bardzo zmęczeni kilometrami chodników, ale zawsze trud się opłacał. Oto tutaj wybuchy pary, wydostające się z pieczary przypominają ryki dzikiego zwierza, a opodal dwa położone naprzeciw siebie gejzery buchają na przemian parą z wąskich otworów, wydając dziwne szumy i świsty i stąd stanowisko to nazwano "steamboat", czyli...parowiec. Faktycznie do złudzenia podobne to odgłosy. Wybuchy pary z kotłów, kominów?. Następny świszcze jedyną w swoim rodzaju melodię(?), inny burczy, syczy , grzmi, pojękuje , jakby chcąc odstraszyć z tego terenu słabych nerwowo przybyszów.

Okazuje się, że pierwsi osadnicy, wędrujący przez te tereny śladem poszukiwaczy ziemi, drewna, złota, czy zwierzyny bardzo często wypowiadali się o tych rejonach jak najgorzej. Epitety "doliny śmierci", "piekła", czy "czarciej pustyni" pozostały w pamiętnikach wędrowców. Nic sobie z tego nie robili jedynie traperzy i Indianie, oswojeni z dzikimi zjawiskami... Nie dziwię się niechęci i bojaźni przygodnych a przymusowych wędrowców, w tym miejscu, gdzie rodzi się tyle niesamowitych odgłosów, z wnętrza ziemi.

Trzeba było kilka dni wędrować, by wreszcie znaleźć się przy głównych atrakcjach: gejzerach wodnych, tryskających na dość znaczne wysokości. Ale od razu wyjaśnię, że nie są to stale czynne naturalne fontanny. Niektóre zmuszają do koczowania przy sobie całą dobę, inne kilka godzin, aby zobaczyć wreszcie wytrysk! I najpopularniejszy musi być zatem gejzer, nazwany dobrodusznie przez przybyszów : "Old Faithful", co swobodnie tłumacząc może oznaczać "Stary Pewniak", ot, taki... "Brat Łata" - przyjaciel, który nigdy nie zawodzi i nie zmusza do czekania dłużej, niż 3 godziny. Jest ulubieńcem wszystkich: starców i dzieci, a wkoło kwitnie handel pamiątkami, są liczne bary i kawiarnie, obszerne parkingi, a także hotel z bardzo dużym oknem widokowym. Można więc oglądać kipiącego "Starego Pewniaka", siedząc przy kawie, czy piwie. Ale bardziej atrakcyjne i popularne jest obejrzenie i posłuchanie jego syku, siedząc na specjalnej trybunie niby amfiteatru, na którego siedzeniach stale zbierają sie kolejne partie gapiów. On nie zawodzi, dla każdego ma swój pokaz kilkunastu wytrysków, zrazu niskich, potem coraz potężniejszych, aż do kulminacji, po której otrzymuje... oklaski, jak dobry aktor. Towarzyszą temu okrzyki ulgi, podziwu - bardzo przyjazne i zachwycone, towarzyszy mu radość. Oto On znów nas nie zawiódł... A On powoli i widać zadowolony zamiera na następne 3 godziny. I znów nabiera sił do kolejnego występu.

Jest tu i taki gejzer, który wybucha jedynie nocą i raz na dobę, boć on w czasie nieobliczalny i niepunktualny. Ogląda się go przy latarkach, w nocy i z nadzieją, że może to my będziemy tymi szczęśliwcami? Ale nie, nie tym razem... A więc w hotelu kupujemy widokówkę z kraterem krnąbrnego i nieobliczalnego. I dalej w drogę. ale o tym potem.

Ryszard Podlewski

Nasza Wielkopolska

W tym miesiącu dwa pejzaże z okolicy Skoków i Sala Mauretańska na Zamku kórnickim w nocy.

Copyright 2008-2015 by LT Media Net