Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (06) grudzień 2008

Spotkanie Dziennikarskiego Klubu Seniorów



W dniu 9 grudnia 2008 r. odbyło się w Klubie Osiedlowym "Krąg" spotkanie Dziennikarskiego Klubu Seniorów z Redaktorem Naczelnym "Głosu Wielkopolskiego", Adamem Pawłowskim. Nasz gość mówił o bieżącej sytuacji tej jedynej, wychodzącej w Poznaniu gazety. Nie jest to wprawdzie pismo całkowicie samodzielne, kilka kolumn powstaje w Warszawie, ale autonomia redakcji i ilość miejsca, pozostającego do jej dyspozycji jest znacznie większa, niż w wielkopolskiej mutacji "Gazety Wyborczej".

"Głos Wielkopolski" zajmuje jedno w czołowych miejsc wśród grupy gazet, wydawanych przez "Polskapresse". Jednakże nakład pisma jest mały, nie przekracza 100 tysięcy egzemplarzy. Przyczyną tego jest ogólny spadek czytelnictwa prasy w Polsce. W związku z tym gazeta ma niewielkie możliwości finansowe, co odbija się na jakości pisma. Elektroniczny system redagowania gazety powoduje, że w praktyce brak jest korekty. Dziennikarz pisze tekst bezpośrednio na makiecie strony, której już nikt przed wydrukowaniem nie ma czasu sprawdzić. Tą okolicznością redaktor Pawłowski tłumaczył zarzuty, że na stronach "Głosu" można znaleźć mnóstwo wszelkiego rodzaju błędów - gramatycznych, ortograficznych i merytorycznych.

Spadek czytelnictwa gazety poznańskiej spowodował rozwój związanych z nią tygodników lokalnych, które ukazują się w wielu powiatowych miastach Wielkopolski i ratują całe przedsięwzięcie przed katastrofą finansową. Tygodniki te, które są lokalnymi dodatkami "Głosu", są bardzo chętnie czytane, gdyż w zakresie informacji lokalnej nie mają poważnej konkurencji. Łamy tych wydawnictw zapełnianie są głównie przez współpracowników "Głosu", który zatrudnia tylko niewielką ilość dziennikarzy.

Stowarzyszenia i związki dziennikarskie praktycznie nie istnieją, młodzi dziennikarze nie widzą potrzeby wspólnego działania i nie dążą do zrzeszania się w związkach. Z jednej strony wolą współzawodniczyć ze sobą, z drugiej ze strony pracodawcy takie związki nie są zbyt mile widziane.

Nasz gość przekazał nam sporo konkretnych danych, które pozwoliły obecnym na zorientowanie się w obecnej sytuacji polskiej prasy. Wyłonił się z nich obraz, który, niestety, nie napawa optymizmem.


*****

W styczniu mija rocznica śmierci naszego wybitnego kolegi, Zdzisława Beryta. Zamieszczamy więc kilka tekstów, poświęconych tej postaci.

Nasz gość

Adam Pawłowski jest doświadczonym dziennikarzem. W 1994 roku rozpoczął pracę w "Dzienniku Poznańskim". Następnie pracował w tygodniku "Poznaniak". W 2000 roku rozpoczął pracę w wydawnictwie "Polskapresse". Był kolejno sekretarzem redakcji "Gazety Poznańskiej", zastępcą redaktora naczelnego tej gazety, a w końcu, od 15 lutego do 4 grudnia 2006 roku ostatnim redaktorem naczelnym tego pisma.

4 grudnia 2006 roku objął stanowisko I zastępcy redaktora naczelnego dziennika "Polska - Głos Wielkopolski". Po odejściu na zwolnienia lekarskie Jarosława Piootrowskiego, od 24 lipca 2007 roku został p.o. redaktora naczelnego tej gazety. 1 kwietnia 2008 roku został mianowany redaktorem naczelnym gazety "Polska - Głos Wielkopolski".


Zdzisław Beryt

Przyczynek do wspomnień o Zdziśku Berycie

Zacznę swoje wspomnienia od dość zabawnego faktu: Otóż poznałem się ze Zdziśkiem Berytem, zupełnie Go nie oglądając, choć On mnie widział... Stało się tak dzięki magii sceny, czy raczej estrady w NDA, czyli w "Nowym Domu Akademickim" - wówczas im. Hanki Sawickiej. Mówiliśmy o tym "Akademiku" albo : "Hanka", albo NDA właśnie. My "studenci biedni,ale paniska" jadalismy tam obiady, albo często tylko samą zupę i chleb, bo te dwa "dania"... były za darmo. Jeśli ktoś żył tylko ze stypendium, ratował życie właśnie tą jałmuzną. W NDA był także radiowęzeł studencki, w którym pracowało się społecznie, czytając różne komunikaty i ogłoszenia ważne dla studentów, stojacych w długich kolejkach po posiłki. Audytorium było zapewnione, a prócz tego "puszczało" się muzykę z czarnych, dużych płyt, na których mieścił się tylko jeden utwór. Często, bo co 3 minuty mniej więcej trzeba było zmieniać płyty. To były czasy...

Mnie to społeczne zajęcie stało się treningiem do wymarzonej pracy w "prawdziwym radiu". Zanim jednak po studiach polonistycznych spełniło się oczekiwanie, my poloniści powołaliśmy do życia " Wydział Satyry" na Uniwersytecie Poznańskim - "Żółtodziób". Otrzymaliśmy zgodę od Dziekana Wydziału Filologii Polskiej Prof. dr. Urbańczyka i zrazu nieśmiało, potem coraz bezczelniej zaczęliśmy ze Stefanem Mroczkowskim, Januszem Weroniczakiem, Jurkiem Dabertem tworzyć i wystawiać programy kabaretu studenckiego. Pierwszy program pod tytułem: "Rozstawiamy po kątach!" nawet się spodobał, choć była to tylko składanka z tekstów takich uznanych satyryków i pisarzy jak np. JulianTuwim, Stefania Grodzieńska, czy Wiesław Brudziński. Recenzenci poznańscy, a wsród nich jakiś ukryty pod kryptonimem BEZ postulował, żeby "zdolni i sprawni na scenie filolodzy" zaczęli tworzyć własny program, bardziej związany z życiem środowiska studenckiego...

- Hej, łatwo powiedzieć! - komentowaliśmy werdykt BEZ-a. Ale narazie ten pierwszy program, pokazywany w czasie wakacji w wielu miastach powiatowych poznańskiego pozwolił kilkunastu z nas przeżyć trudny czas ferii bez stypendium, stołówki i pomocy rodziny. Bo rodziny albo były biedne, albo się jej nie miało, jak to było w moim, czy Stefana przypadku. W tym czasie, jeżdżąc pociągami od m.in. Wronek, Szamotuł, Jarocina, Środy, Konina, Wrześni aż po Toruń (najznakomitsza, studencka publiczność!) obmyślaliśmy i szkicowaliśmy nowy, całkowicie własny program.

I kiedy na scenie wielkiej świetlicowej sali, połączonej z salą stołowki NDA , wystawiliśmy drugi program pt. "Otrzęsiny" zaczęliśmy być modni nie tylko wśród studentów naszej Alma Mater, ale i innych: "Wysrolu", WSI, czy AeM-u. Ba, terminy naszych spektakli były podawane w rubryce gazetowej: "Repertuar Kin iTeatrów".! Amatorzy wśród zawodowych placówek.

Program się podobał, a niektóre jego punkty jak na przykład: "Oprowadzanie po Poznaniu","Przychodnia Lekarska", "W sprawie całusów " - o rozdziale płci w akademikach, czy zwłaszcza "Marszowym krokiem", a więc parodia piosenki żołnierskiej - były bisowane, oraz drukowane w prasie studenckiej kraju, wprowadzane do programów studenckich kabaretów Łodzi, czy Lublina.

I tutaj znów zabrał glos "nasz recenzent" BEZ. Chwalił nas nawet za grę aktorską! Po paru latach, kiedyśmy sami, wszyscy bez wyjątku twórcy "Żółtodzióba" zostali dziennikarzami zawodowymi dowiedzielismy sie, że ów BEZ jest sympatycznym, otwartym i ogromnie towarzyskim: Zdzisławem Berytem.

Kiedy w dodatku na Ogólnopolskim Konkursie Studenckich Kabaretów w Warszawie zdobyliśmy 3 "medalowe" miejsce na podium, po takich potęgach jak gdański "Bim-Bom" w którym występowali aktorzy tej miary co Kobiela, Cybulski czy Fedorowicz, oraz STS z Warszawy z Markuszewskim, Newerly-Abramowem, Jareckim, Dąbrowskim, - Zdzisio triumfował. "Mam nosa,co?" - pokazywał na swój organ powonienia z dumą. Poznawszy Jury Konkursu uważał, że ani Kazimierz Rudzki, ani Zenon Wiktorczyk, ani też Władysław Szpilman, który podobno upierał sie dla nas o I miejsce za... piosenki, nie w pełni poznali się na "Żółtodzióbie" . Potem Zdzisio - "spec od kultury", a także telewizji pisał o nas często, zawsze z wielką kulturą i znawstwem.Nigdy nie zapomniał o kolejnym programie rewiowym, czy satyrycznym, rozrywkowym realizowanym przez Telewizje Poznańską.

Spotykalismy Go też na wszystkich ważnych imprezach kulturalnych, gdzie stał z kielichem ulubionego czerwonego wina i rozprawiał z ożywieniem i humorem.

Na płci odmiennej robił zawsze wielkie wrażenie swoją elokwencją, dowcipem i elegancją. W czasie naszego wspólnego pobytu dziennikarskiej grupy w Turcji, bodaj dwa lata temu, wędrował z nami promem po ogromnym zalewie na górskiej rzece, otoczony dużo młodszymi koleżankami, ku zazdrośći wielu starszych kolegów. Brylował jak zwykle i nie ważne ile w jego opowieściach było prawdy, a ile fantazji... słuchało się Go naprawdę z wielkim zainteresowaniem. Kiedy spotkałem Go, chyba pół roku temu, poruszał się już tylko z pomocą laski i prosił o podtrzymanie pod ramię przy schodzeniu ze schodów. Z pomocą biegli wszyscy. Niektórzy czuli sie tym zaproszeniem wręcz zaszczyceni. Stojąc na Świętym Marcinie, nagle powiedział mi: - Wiesz Rysiu,chciałbym jeszcze raz być w Kapadocji...Wiedział jednak na pewno, że taka wyprawa to nie na Jego siły... Wziął ofiarowaną sobie moją ostatnią książkę satyryczną : "DRAKO-róbstwo", mówiąc: - Ja się teraz nie zajmuję, jak wiesz satyrą, ale że jesteś z" telewizyjnego rodu", to do mojego stałego felietonu o TV przemycę kilka zdań... No i juz Mu się nie udało, a mnie na Jego pogrzebie zabrakło KOGOŚ bardzo bliskiego. To był naprawdę ktoś z branży! Tego się nie da ukryć.

Ryszard Podlewski

*****

Do wspomnień o red. Zdzisławie Berycie

W jednym z wywiadów, jakich Zdzisław Beryt udzielił prasie z okazji jubileuszu swej pracy dziennikarskiej, przeczytałem - z niemałym zdumieniem - o tym, jak on nauczył się języka czeskiego. Języków obcych znał wprawdzie kilka, ale tego - wprawdzie nieco podobnego do polskiego, wszak o słowiańskim rodowodzie - nauczył się w sposób prawdziwie osobliwy.

Był wówczas więźniem Oświęcimia. Korzystał - jak wszyscy - z toalety. Ale siedział tam nie na próżno. Jako papier toaletowy służyły tam m.i. czeskie gazety. Próbował czytać to, co się dało. I nauczył się nie tylko czytać, ale także mówić po czesku.

Znajomość kilku języków - w tym niemieckiego i czeskiego - umożliwiła mu pewną poprawę losu więźnia: został tak zwanym szrajberem w obozowym biurze. I tam właśnie, słuchając różnych osób, w tym syna austriackiego wydawcy dowiedział się wiele o życiu i pracy dziennikarzy. I to był początek jego zawodu, który uprawiał do końca życia.

Wszechstronna wiedza, jaką posiadał, umiejętność pisania na maszynie i właśnie znajomość języków obcych pozwoliły mu wejść w świat żurnalistyki, który wypełniał całe jego życie.

Jako dziennikarza, zajmującego się sprawami szeroko rozumianej kultury, ceniłem go przede wszystkim za recenzje filmowe, a w ostatnich latach - także telewizyjne. Niezwykle trafne spostrzeżenia, wyważone oceny, otwarte stawianie pytań, formułowanie rzeczowych zarzutów - oto, co przekonywało do jego recenzji chyba wszystkich czytelników. Tam, gdzie trzeba, nie szczędził krytycznych - nawet ostro sformułowanych - uwag, także pod adresem "gwiazd" filmu, czy estrady. Widzom pozwalało to wybrać seans filmowy bądź telewizyjny tak, by jak najwięcej z niego skorzystać.

Jeszcze kilka miesięcy temu spotykaliśmy się na zebraniach Zespołu Starszych Dziennikarzy. Kiedy mówiłem mu o tym, że cenię jego omówienia i recenzje, cieszył się, bo każdy wyraz uznania przyjmował z zadowoleniem. Bo wiedział, że na nie w pełni zasłużył.

Józef Mozio

Nasi koledzy

Urszula Lipińska - radiowiec z powołania.

Tym nazwiskiem, odziedziczonym po ojcu, przedstawiałam się słuchaczom Rozgłośni Poznańskiej Polskiego Radia przez ponad 30 lat.
Trafiłam tam z własnej, nieprzymuszonej woli, jako świeżo upieczona absolwentka Uniwersytetu Poznańskiego (dziś UAM) z dyplomem magistra filozofii w zakresie socjologii.

Dlaczego zgłosiłam się do pracy w radiu? Po prostu z ciekawości "jak się to robi?" Jeszcze jako licealistka z zafascynowaniem słuchałam audycji radiowych, szybko nauczyłam się rozpoznawać głosy, nazwiska i programy ówczesnych radiowców i zaczęłam sobie wyobrażać, że to jestem ja i że to mój głos płynie w świat z tego drewnianego głośnika. W ten sposób - podświadomie - połykałam bakcyla "choroby radiowej", chociaż - dziś o tym wiem - należało się bronić przed nim wszelkimi sposobami. Wtedy jednak konsekwentnie dążyłam do celu.

To były wczesne lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku - gdy wreszcie studio radiowe, mikrofon i taśma magnetofonowa stały się moimi codziennymi narzędziami pracy. Za chwilę miał umrzeć Stalin, za chwilę miały nadejść lepsze czasy także dla dziennikarzy. I rzeczywiście - u nas - w radiu przy ulicy Strusia 10 i Berwińskiego 5 "poluzowało". Do pewnej granicy, oczywiście. Z tą granicą musieliśmy sobie lepiej czy gorzej radzić - my - pechowe pokolenie międzywojenne, któremu najpierw metryka, a potem historia wyznaczyły taki, a nie inny czas i warunki aktywności zawodowej. Ale radio, jego magię, a w nim nas - zgraną i oddaną sobie "rodzinę radiową" pokochaliśmy od razu i na ogół na długo.

Do moich obowiązków należała popularyzacja na antenie lokalnej i ogólnopolskiej nauki poznańskiej i jej twórców. Nawiązywałam więc kontakty z co wybitniejszymi postaciami tego środowiska, reprezentującymi różne dziedziny wiedzy, różne uczelnie, instytuty naukowe i laboratoria. Przychodziło mi nieraz zmierzyć się z tematami, które dla humanistki były prawie "czarną magią". Na szczęście trafiałam często na prawdziwe talenty popularyzatorskie wśród luminarzy naszej nauki, którzy swoje badania, osiągnięcia i dzieła potrafili przełożyć na język dla radia możliwie strawny. Wielkie dzięki za to!

Powstawały z tych moich kontaktów cykle audycji: "Z pracowni poznańskich uczonych", "Ludzie nauki", "Człowiek i środowisko", "Od pomysłu do przemysłu" i pewnie kilka innych, których tytułów teraz już nie pamiętam.

Wiele z tych audycji "szło" w programie ogólnopolskim Polskiego Radia z Warszawy, co dawało szczególną satysfakcję, a czasami przynosiło nagrody i wyróżnienia. Tych - a także różnych medali i odznaczeń "dorobiłam" się chyba kilkanaście.

Moje pokolenie dziennikarzy radiowych - w tym także ja - zaczęliśmy odchodzić na emeryturę (ach, ta metryka!) przed - albo krótko po zmianach, jakie następowały w radiofonii polskiej po 1989 roku. Odtąd fale eteru zaczęły "trzeszczeć w szwach" od nowych, przeważnie bardzo hałaśliwych stacji nadawczych i Polskie Radio straciło pozycję antenowego monopolisty. Dla radiowców nastąpiła era konkurencji, dla słuchaczy era "do koloru - do wyboru". Ale dla mnie - teraz tylko odbiorcy z zewnątrz - najważniejsze i najlepsze pozostanie to "nasze", tradycyjne, choć też zmieniające się radio ze swoimi trzema programami, których wymiennie słucham w zależności od nastroju, pory dnia i nocy.

I mocno trzymam kciuki za to, by nasi następcy, profesjonalni dziennikarze Polskiego Radia , nie nękani politycznymi zawieruchami, w spokoju i przyjaznej atmosferze mogli tworzyć dobre programy. Bezkonkurencyjne, w imię misji - oczywiście.

Urszula Lipińska

Korespondencja własna z USA


Ryszarda Podlewskiego Część IV zapiskow z podrozy po Parku Yellowstone USA.

Amerykańskie zwierzaki

Dla Amerykanów nie jest dziwny fakt, że w tym wspaniałym, podporządkowanym prawom natury Parku, nie wolno karmić żyjących na swobodzie zwierząt. Dzieje się tak dlatego, że w całych Stanach zabroniono już dawno uprawiać takie barbarzyńskie praktyki, jakie obserwujemy, niestety, u nas. Myślę tu o karmieniu całych stad, degenerujących się, próżniaczych gołębi na osiedlach , które "odwdzięczają" się swoim, pożal się Boże, dobroczyńcom nie tylko obs...waniem okien i parapetów, ale i prezentami w postaci groźnych chorób od-ptasich. Kto karmi w Stanach np. mewy nad jeziorami, czy rzekami, gołębie w miejscach publicznych, a więc ulicach, skwerach itp płaci umowną, wysoką karę. Brak dolarów - boli! Nie karmi się ani szopów - praczy, ładnych zwierzątek, które zamieszkują np. dziuple w wysokich dębach, czy klonach kanadyjskich, rosnących wokół domu mojej córki Joanny nad jeziorem Huron,ani wiewiórek, które tu są szare, albo czarne, ani małych chip-monków, żyjących w norkach ziemnych, a spopularyzowanych przez disneyowskie kreskówki. Amerykanie zostawiają prawa ilości osobników samej naturze, by nie zachwiać równowagi w przyrodzie swego kraju.

Nadmierny przyrost ilości kotów, wiadomo już, że grozi całkowitym spustoszeniem gniazd wiewiórek, czy ptaków. Jak smętne są dziś parki w Poznaniu, gdzie "kocie mamy", czyli niby dobroduszne starsze panie, dożywiają stada dzikich kotów, "dzięki czemu" nie zobaczysz już tak popularnych niedawno rudych, wesołych ,skaczących po gałęziach zwierzątek, które karmiono z ręki orzeszkami? Ile gatunków ptaków śpiewających, przez te praktyki wyginęło?

Tu zaś przepisy dotyczące jakiejkolwiek interwencji człowieka są znacznie surowsze. Niemal jak anegdota brzmi opowieść o wielkim pożarze w Yellowstone, który spustoszył setki hektarów wspaniałych lasów, bo straże pożarne, dysponujące najnowocześniejszą techniką mogły ratować tylko ludzkie siedziby, a więc hotele. Las zapalił się nie od zaprószenia ognia przez ludzi, lecz od uderzenia pioruna, a więc tak musiało być, jak dyktuje natura. Nota bene dobre to dla lasów, gdzie z niektórych szyszek tylko w wysokiej temperaturze pożaru wyskoczyć mogą ziarenka ,a z nich powstają nowe drzewa. Są więc, co nadaje malowniczość i wiele odcieni zieleni, różne pokolenia lasów obok siebie.

Nie wolno odpędzać, ani płoszyć drapieżnika, np. tego niedźwiedzia, który tuż obok szosy poluje na zdobycz w postaci sarny, czy bizona. Możemy patrzeć w milczeniu, jak do upolowanej sztuki przekrada sie sprytnie kojot i urywa z niej kawał dla siebie. Kojot, jakby wiedział, że z naszej, ludzkiej strony, nic mu nie grozi, zajada spokojnie i tylko, jakby kpiarsko podnosi w naszym kierunku ociekający świeżą krwią pysk... Niedźwiedź już syty, też nie groźny dla kojota, bo oddala się i znika w lesie. A wtedy z drzew spadają na resztki padliny masy ptaków drapieżnych, robiąc solidną, wielogłosową wrzawę.

My jedziemy dalej, bo mamy wyznaczoną marszrutę, która pozwoli nam poznać zjawiska wulkaniczne tej zadziwiającej krainy. Chcemy, przygotowani doskonale przez przewodniki, internet i informatory, wręczane nam gratisowo w stoiskach "Touristic Information", oglądać ten świat od mało efektownych miejsc po te najbardziej widowiskowe. Jest w czym wybierać,a zatem dziś niby niepozorne, ale jakże frapujące "gejzery parowe", wodne i bulgoczące. Docieramy do nich i zostawiwszy nas niezmordowany pojazd na parkingu, ruszamy na widoczne z daleka tereny, nad którymi unoszą się kłęby pary...Wszystko to w rozległym zagłębieniu terenu, na którym wybudowano kilometry drewnianych chodników. Szerokich tak, że obok idących pieszo może jeszcze przejechać wózek inwalidzki, popychany przez wolontariusza, albo kogoś z rodziny, względnie silnik elektryczny, jeśli chory lub starszy człowiek potrafi się nim dość zwinnie poruszać. Idziemy i zadziwia nas wielość gejzerów , które mają ogromną rozmaitość form obudowy samego wycieku. Każdy ma też swoja nazwę : jest np. i "krater", "muszla" i "samotnik", jest "parowóz" i "statek parowy".Kształtem przypominają rzeczywiście te przedmioty czy urządzenia, ale też i głosem, który wydają zasilane podziemną mini-erupcją. "Statek parowy" najpierw buczy a potem syczy i szumi, przypominając odgłosami stary typ pływającego np. po Mississipi zabytku.

Myli się ktoś, kto z gejzerami kojarzy sobie wyłącznie te, znane z obrazów i zdjęć, ukazujących Islandię... Takie też tu będą, ale najpierw zupełnie inne, bo te nie są imponujące wysokością tryskających strumieni. Tu podziwia się dziwy pełne kształtów i... kolorów. Tak, bo barwy wycieków wcale nie są takie same. Wręcz mienią się one całą tęcza kolorów. Tu wypływa strumyk zielony, ale w otoczeniu czerwono-brunatnego, tam znów żółty, ale podbity niebieskim, ówdzie biały w towarzystwie czerni, zieleni i pomarańczy. Laik pomyśli, jak i my pierwotnie, że kolory nadają wyciekom rozpuszczone minerały podziemne. Ale jest trochę inaczej. Te kolory tworzy życie istniejące tu, mimo niesłychanie niesprzyjających, pozornie tylko, warunków. Zależnie od składu chemicznego płynów wyzwalanych przez erupcje, żyją tu liczne barwne dla oka... bakterie. To one decydują o kolorach. Co dziwne, choć nie udaje nam sie wypatrzyć owych stworzeń z pomostów, na których stoimy w kłębach pary. A żyją tu i niezwykłe owady i pająki, których by trudno szukać i odnaleźć gdzie indziej. Dziwne to i niesamowite trochę miejsce.

Nad całą połacią tych wulkanicznych pól unosi się też specyficzny zapach. Tu także zupełnie nie miałem racji, sądząc, że będą to jakieś niezwykle cuchnące wyziewy, czy opary. Przeciwnie zapachy są specyficzne, ale nie w odcieniach siarkowodorów, których sie obawiałem, a chwilami robią wrażenie czegoś z atmosfery jakiegoś starego sklepu chemicznego, jakiejś nieistniejącej już dziś drogerii, której wspomnienie przetrwało w mej pamięci z czasów młodości... Tu nie warto przyjeżdżać z katarem, bo można sobie zubożyć mocno ogląd tego świata.

Ryszard Podlewski

Nasza Wielkopolska

Copyright 2008-2015 by LT Media Net