Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (05) listopad 2008

Nasze spotkania



18 listopada 2008 r. odbyło się kolejne spotkanie Dziennikarskiego Klubu Seniorów. Przed spotkaniem odbyło się zebranie Zarządu, na którym uaktualniono listę członków. Aktualny skład członków Klubu można znaleźć na tej stronie internetowej.

Otrzymaliśmy zgłoszenie członkowstwa od pani redaktor Grażyny Polarczyk, która pracowała jako dziennikarka w Krakowie, a obecnie przeniosła się do Poznania.. Kandydatura została poparta jednomyślnie.




Ustalono, że na grudniowym spotkaniu naszym gościem będzie Redaktor Naczelny "Głosu Wielkopolskiego". lub jego zastępca. Tematem rozmowy będą aktualne problemy, z jakimi spotyka się ten dziennik. Gościa w naszym imieniu zaprosiła red. Kempara.

W głosowaniu członkowie ustalili wysokość rocznej składki klubowej na 30zl. Dotychczasowa składka wynosiła 25 zł.


Po omówieniu spraw organizacyjnych redaktor Ryszard Podlewski wygłosił prelekcję na temat swoich wrażeń z wizyty w najstarszym Parku Narodowym na świecie - Yellowstone w USA. Podczas prelekcji mieliśmy okazję obejrzeć całą serię wykonanych tam przez niego zdjęć. Przedstawiały one całe bogactwo natury - niedźwiedzie grizzly, kojoty, gejzery, jeziora z łabędziami, dzikimi gęsiami i świstakiem.


Zdzisław Kandziora

- Zdzichu zmarł wczoraj na ulicy koło Merkurego - taka złowroga wieść obiegała redakcję Głosu Wielkopolskiego 5 marca 1997 roku. Niestety była to prawda: poprzedniego dnia w południe senior poznańskiego dziennikarstwa zasłabł na ulicy i już się nie podniósł.

Kolega Kandziora był Wielkopolaninem z krwi i kości. Urodzony 13 sierpnia 1921 roku w Pierzchnie, pow. Śrem związał się z dziennikarstwem od pierwszych lat powojennych. W okresie 1946 - 1949 pracował w Kurierze Wielkopolskim na stanowisku redaktora technicznego. Jednocześnie współpracował z miesięcznikiem Młynarstwo, gdzie był kolejno sekretarzem i kierownikiem redakcji. Na początku roku 1949 przeniósł się do dziennika Ekspress Poznański, gdzie przeszedł wszystkie szczeble kariery dziennikarskiej. Warto je wymienić, albowiem mało który dziennikarz znał tak dobrze wszystkie tajniki tego zawodu. Był więc - kolejno - reporterem, kierownikiem działów: terenowego, miejskiego, kultury, a następnie sekretarzem redakcji, p.o. redaktora naczelnego i na koniec redaktorem naczelnym. Sam pisał dużo, szczególnie na tematy ze sfery kultury i życia miejskiego. Inspiracje czerpał w dużej mierze z listów od czytelników, które czytał z wielką uwagą, a do uwag czytelników odnosił się z powagą. Szefem redakcji był długo, bo od czerwca 1959 do czerwca 1972. Pełne trzynaście lat! Śmiało można powiedzieć, że był jednym z najdłużej sprawujących funkcję redaktora naczelnego w Polsce. W tym też roku przeszedł do Głosu Wielkopolskiego, gdzie pracował aż do końca swojej kariery dziennikarskiej, czyli do września 1986 kiedy to przeszedł na emeryturę. W Głosie pracował w różnych działach, jednak najdłużej jako kierownik działu łączności z czytelnikami. Długoletnia praktyka współpracy z czytelnikami, jaką uprawiał w Ekspresie, bardzo mu się tu przydała.

Emerytura nie oznaczała całkowitego zerwania z zawodem. Dalej prowadził - po Eugeniuszu Cofcie - Kronikę Głosu Wielkopolskiego, gdzie zapisywał wszystkie ważniejsze wydarzenia w życia redakcji. Ta Kronika była ewenementem w skali kraju, jako wewnętrzny, nieprzeznaczony do druku, zapis redakcyjnego życia.

Jako szef redakcji dał się poznać jako człowiek, który czuje się odpowiedzialny za wszystko. Niektórzy żartowali, że Zdzichu śpi w redakcji, albowiem stawiał się do pracy pierwszy, a opuszczał redakcję ostatni. Czytał wszystkie teksty, „od dechy do dechy’, jak się potocznie mówiło. Brał więc całkowitą odpowiedzialność za całość gazety. Jego skrupulatność była wręcz przysłowiowa, znana nie tylko wśród współpracowników, ale i u przełożonych. Nic to, że miał swojego zastępcę, nic to, że miał sekretarza redakcji, że miał kierowników działów. On musiał znać dokładnie całą treść numeru nim skierował go do druku. Zapewne stąd konieczność przebywania w redakcji od rana do wieczora.

Warto wspomnieć o korespondencjach zagranicznych Kandziory, z takich krajów jak Francja, NRD, Czechosłowacja, Węgry, Jugosławia.

Osobnym, niezmiernie interesującym fragmentem życiorysu Kandziory jest jego wykształcenie. Otóż w pierwszych latach powojennych podjął on studia polonistyczne na uniwersytecie Poznańskim, których jednak nie ukończył. Dopiero w 1973 roku wrócił do nich, ale już na Uniwersytecie Warszawskim, na Studium Dziennikarskim. Pod kierunkiem prof. Aliny Słodkowskiej napisał i obronił pracę magisterską pt. "Kurier Wielkopolski - dziennik Stronnictwa Demokratycznego (2 VII 1946 - 31 X 1950)". Podczas tych - jakże późnych - studiów dał się poznać jako wyjątkowo pilny słuchacz. Dowodem niech będzie anegdota opowiedziana mi przez kol. dr Jana Załubskiego, wybitnego poznańskiego dziennikarza oraz badacza dziejów prasy wielkopolskiej. Otóż, gdy po latach pani prof. Słodkowska była w Poznaniu z okazji jakiegoś zjazdu, zapytała o Kandziorę i wyraziła chęć spotkania z nim. Do tego spotkania doszło i przebiegało ono w wyjątkowo serdecznej atmosferze. I to jeszcze nie koniec kariery dziennikarskiej Kandziory. Ostatnie lata swojego życia poświęcił prezesowaniu Zespołowi Starszych Dziennikarzy przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP, gdzie zapisał się we wdzięcznej pamięci poznańskich Seniorów dziennikarstwa.

(na podstawie biogramu z książki Jana Załuskiego "Prasa wielkopolska II połowy XX wieku 1945-1970")

Korespondencja własna z USA


Ryszarda Podlewskiego Część III zapiskow z podrozy po Parku Yellowstone USA.

Drogi Janku,
obiecałem, że będę kontynuował opowieść o 10 dniach spędzonych w pierwszym na świecie Parku Narodowym, który leży na styku aż 3 Stanów w USA: Montany, Wyoming i Idaho.

W poprzednim odcinku dotarliśmy do Mamucich Źródeł, które są najwyższym spiętrzeniem skał powstałych z osadów soli mineralnych i siarczanów, które występują tutaj we wszystkich odcieniach żółci, czerwieni i brązu. Pierwsi przybysze - traperzy czy osadnicy, ciągnący na Dziki Zachód nie mogli ich więc inaczej nazwać jak: Yellowstone, czyli "Żółty Kamień". Byli i tacy, którzy z powodu parujących, bulgoczących, syczących wytrysków, czy wylewów z podziemnych źródeł, nazywali te tereny po prostu "Piekielną Ziemią". Nic dziwnego, w tamtych czasach, przed laty wydawało się prostym skądinąd ludziom, że pod nimi SA wrota do świata królów ciemności...
A przecież życie jest tu niezwykle bujne: rzeki pełne ryb i zapaleni wędkarze w rwących potokach, płynących do Kanionu rzeki Yellowstone, która spada kaskadą w głębię, którą się tu ocenia na... ponad 700 m. łowią niezłe sztuki. Co dziwne to jedyny sposób dozwolonych tu łowów. Reszta stworzeń, a więc wszystko co żyje w rzekach, lasach, na rozległej prerii, jest nietykalna. Podziwialiśmy więc bobry, które jakby zupełnie świadomie wychodziły na brzeg "Snake River", czyli Wężowej Rzeki, nurkowały, wygrzewały się ,a potem lekceważąco plasnąwszy ogonem odpływały, dając szanse zrobienia zdjęć w ramach "bezkrwawych łowów" licznych mistrzów i amatorów fotografii. Podziwiałem niesłychanie kosztowny sprzęt turystów, z teleobiektywami, lornetami czekających często bardzo długo i cierpliwie na wyjście z lasów: kojota, łosia, jelenia, wilka, lisa, kozicy lub barana górskiego o ciężkich kręconych rogach czy nawet niedźwiedzia czarnego, bardzo podobnego do naszej tatrzańskiej odmiany misiów. Prawdziwym rarytasem były jednak, stroniące (na szczęście!) od ludzi ogromne niedźwiedzie grizzly, które podziwialiśmy z przychówkiem z szosy, na zboczu, gdzie widać były jakieś przysmaki owych imponujących zwierząt. Gdyby istniał Yeti pewno byłby tak ogromny, jak wypchany osobnik, potem przez nas oglądany, w miejscowym Muzeum Natury. Wtedy można było porównać "zwykłego" niedźwiedzia z tym kolosem, budzącym zawsze zabobonną i w pełni uzasadnioną grozę, wśród rdzennej ludności-Indian z plemienia Szoszonów.

Widzieliśmy też wiele nieznanych nam ptaków, nieraz przypominających nasze, polskie, a jednak inne, jak np. prawdziwego czarnego kruka, bardzo już u nas rzadkiego, który tutaj żyje spokojnie i kracze do woli, dość ponuro, siedząc wśród gałęzi drzew. Był tam także w pobliżu rozległej połaci gejzerów parujących na ruchliwym parkingu jeden egzemplarz nazywany tu "Krukiem-żebrakiem". Leniwy ten okaz ornitologiczny spędzał cały dzień na jednym stanowisku. Samochody zjeżdżały się całymi dziesiątkami, a on na każdym pojeździe, niby na powitanie siadał na dachu, popisywał się imponującym krakaniem i wyraźnie czekał na poczęstunek... Ponieważ ostentacyjne karmienie zwierzyny jest tu nie tylko nie zalecane, ale wręcz karane wysokimi mandatami przez Rangersów-Strażników Parku, chytra ta sztuka wybierał sobie z uporem wozy, w których siedziały dzieciaki! Rodzice zabraniali rzucać kawałki krakersów, czy biszkoptów, ba nawet batoników, czy hamburgerów, ale kto zabroni dzieciom takiego niewinnego wybryku? Kruk zadowolony wędrował ze zdobyczą na ulubione drzewo, połykał ją prędko i za chwilę "witał" nowego przybysza... z pociechami. Wzrok to ta żebracza dusza miał świetny!
Rangersi bardzo są czujni, rzadko nie spostrzegają wykroczeń przeciw regulaminowi parkowemu, który dostaje się zaraz przy każdej z 5 bram wjazdowych. Kiedy w pobliżu szosy czy hotelu pojawia się jakieś stado zwierzyny, a turyści chcieliby zejść z wyznaczonego szlaku, by robić zdjęcie, natychmiast pojawiają się Rangersi w swoich kapeluszach marki "Stetson" i nakazują ruszanie wozem, zaś fotografowanie wyłącznie przez otwarte okno samochodu. Kiedy na trawniku, okolonym asfaltowymi szosami, przy naszym hotelu pojawiło się wcale pokaźne stado jeleni, a inne "stadko" rozweselonych nastolatek z wycieczki wyraźnie nie amerykańskiej, podeszło zbyt blisko owej rogacizny, natychmiast pojawił się Strażnik i przepędził cicho, lecz stanowczo turystki spragnione ujęcia fotograficznego na tle stada, pokazując im z daleka… bloczek mandatów. Pomogło. Rangersi patrolują wszystkie szosy, chętnie odpowiadają na pytania dotyczące fauny i flory, gór, strumieni, wodospadów, ale jakikolwiek postój zbiorowiska wozów na szosie natychmiast rozładowywują, eskortując gości z przodu i za kawalkadą. Dużo tu parkingów przy najciekawszych miejscach, hoteli, sklepów z pamiątkami, "punktów informacji turystycznej" i mimo ciżby wozów i ludzi nie słychać ani okrzyków, ani głośnych śmiechów, ani pieśni, czy gwizdów. Tu głos ma prawo zabierać wyłącznie natura. Zadziwiający to zakątek świata, w którym kultywuje się ciszę. Tu każdy przyjeżdża jej właśnie słuchać i podziwiać cuda przyrody. A największy cud to ten, że Amerykanom udaje się ów spokój i szacunek dla odwiecznych mieszkańców tego terenu zachować. O tym, że innych barier tutaj nie ma, opowiem w kolejnym odcinku.

Ryszard

Copyright 2008-2015 by LT Media Net