Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (14) styczeń - luty 2010

Spotkanie 12 stycznia

To styczniowe spotkanie, podobnie do wszystkich wcześniejszych styczniowych zebrań Dziennikarskiego Klubu Seniora, było spotkaniem opłatkowym, a więc bardziej uroczystym od pozostałych.

Liczniej, niż zazwyczaj, stawili się na nie członkowie naszego klubu. Był obecny kierownik Klubu „Krąg”, Janusz Heller i przedstawiciel Rady Osiedla „Łazarz” SM „Grunwald” Feliks Bujakowski.

Dwaj jubilaci, którzy w tym roku kończą osiemdziesiąt lat – Stefan Mroczkowski i Mieczysław Skąpski wraz z życzeniami od wszystkich zebranych otrzymali stuzłotowe nagrody, ufundowane z koleżeńskich składek.

Była lampka wina, zakupiona za pieniądze, zgromadzone przez naszego skrupulatnego skarbnika, redaktora Józefa Mozio i toast Stefana Mroczkowskiego, który zamieszczamy obok.

Za miesiąc, na 9 lutego, zapowiedziano prelekcję redaktor Kamilli Placko – Wozińskiej o jej podróży do Chile.

Spotkanie 9 lutego


W czasie lutowego zebrania w Klubie Osiedlowym „Krąg” seniorzy poznańskiego dziennikarstwa zapoznali się z rezultatami pracy kapituły, przyznającej co roku „Wielkopolskie Koziołki” – nagrody dla dziennikarzy, oraz z nominacjami do innych nagród dziennikarskich. Wśród nich jest – przyznawana po raz pierwszy w tym roku – nagroda im. Zdzisława Beryta. Jej laureatami mogą być dziennikarze, zajmujący się publicystyką kulturalną, gdyż taką dziedzinę twórczości dziennikarskiej uprawiał zmarły kilka lat temu redaktor Zdzisław Beryt. Wszystkie nagrody wręczane są co roku w przeddzień kolejnej rocznicy wyzwolenia Poznania od okupacji hitlerowskiej, czyli w dniu 22 lutego.

Przypominamy, że zebrania Dziennikarskiego Klubu Seniora odbywają się w każdy drugi wtorek miesiąca o godzinie 11,00 w Klubie Osiedlowym „Krąg” przy ulicy Dmowskiego 37 w Poznaniu.


Styczniowy ćwiatrek


28 stycznia w „Monidle” – restauracji za ulicy Matejki, obok Grunwaldzkiej odbył się tradycyjny „Ćwiartek”, czyli towarzyskie spotkanie dziennikarskie w czwarty czwartek miesiąca o czwartej, czyli o 16-tej. (Przy symbolicznej ćwiartce, bo prym wiodą piwosze)

Było licznie i gwarno, a na pamiątkę zostało trochę zdjęć.


Moje drzewa genealogiczne

Były trzy grusze w ogrodzie mego dzieciństwa w Zaniemyślu:
pod winówką ojciec matce oświadczył, o co mu chodzi,
pod cukrówką soczystym owocem został obdarowany,
pod ulęgałką, górującą nad starym, drewnianym domem, ja na ten świat przyszedłem 10 maja 1930 roku
Związek moich rodziców pobłogosławił i mnie ochrzcił ksiądz proboszcz, który też hodował gruszki... na wierzbie.
Pod palmą natomiast wręczyłem przyszłej żonie pierścionek zaręczynowy w poznańskiej Palmiarni.

Ważnym drzewem mojego zawodowego życia stał się suchy dąb z pradoliny Warty w Rogalinie:
był drzewem czarownic w filmie interwizyjnym „INTERKLUB”
drzewem wisielców a „ALFABECIE ROZRYWKI” „W – jak western”
świętym drzewem recitalu Ewy Iżykowskiej PIEŚNI FRANCUSKICH IMPRESJONISTÓW.
Kiedy ktoś, umawiając się na zdjęcia pod tym dębem tłumaczył ekipie filmowej, jak tam zajechać, usłyszał, że wszyscy doskonale wiedzą, gdzie jest „dąb Mroczkowskiego”

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaproponowano mi chwilę telewizyjnych wspomnień Nagranie odbyło się oczywiście w Rogalinie, ale na pniu drzewa, albowiem „mój dąb” już leżał...

Teraz moim ulubionym drzewem jest dorodna brzoza z ogrodu na skraju Puszczy Zielonka.

Stefan Mroczkowski

Koziołki dla Niny

Nagroda „Koziołków Dziennikarskich”dla członkini Klubu Starszych Dziennikarzy KRĄG.

W czasie pięknie przygotowanej Imprezy Wręczania tegorocznych nagród dziennikarskich „Koziołki” w kategorii: SENIOR, statuetkę zaprojektowaną przez znanego rzeźbiarza Kazimierza Rafalika, otrzymała w gronie młodych i najmłodszych laureatów wieloletnia Dziennikarka i Pisarka Maria Antonina Stengertowa. Pani Nina, bo tak każe się przez nas tytułować, jest stale pełna werwy, ciekawa świata, wydarzeń politycznych i społecznych. Na Spotkaniach Dzienniukarskiego Klubu Seniora KRĄG można zawsze liczyć na Jej ciekawą „prasówkę”, zaopatrzoną w aktualne wycinki, a także na komentarze dotyczące życia codziennego, oraz wydarzeń kulturalnych. Interesujące też są Jej wspomnienia, które wplata zazwyczaj w swoje wypowiedzi. A mimo to, w czasie wręczania „Koziołków” opowiedziała znów dwie wspaniałe historie, z których zwłaszcza ta o napisanej przez Nią wraz z Włodzimierzem Ścisłowskim „płycie” z muzyką Marka Sewena, która ukazała się sporo lat temu (o wstydzie-tylko w Warszawie!) , a zawiera opowieści i piosenki poświęcone Legendom Poznańskim. Pozycję należałoby wznowić, choćby ze względu na opowieść o koziołkach z ratuszowej wieży. Ta wzmianka była niezwykle trafnie adresowana. Bo... do mediów bogato reprezentowanych w czasie Imprezy na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM. Ciekawe, czy ktoś zainteresuje się wznowieniem tak interesującej pozycji. Tym bardziej, że z „dużej, czarnej płyty” przepisano ją już na CD...? Przeszkód „technicznych” - nie ma! Naszej wspaniałej i dzielnej, niepokonanej Koleżance Ninie gratulujemy z całego serca tego wysokiego wyróżnienia. Na zdjęciu widzimy od lewej: red .red .Marka Zaradniaka -„Głos Wielkopolski”, obok Naszą Koleżankę Ninę Stengert, pierwsza po prawej to Beata Mes, kierująca obecnie Redakcją „Teleskopu”, w Telewizji Polskiej - Poznań. Najbardziej znany telewizyjny program poznański Teleskop otrzymał za r. 2009, aż 2 statuetki. Po raz n-ty.

Ryszard Podlewski

Wspomnienie o Czesławie Radomińskim

Czesława Radomińskiego poznałam w Dyskusyjnym Klubie Filmowym w Poznaniu. Powstał on chyba w 1955 roku i był drugim takim klubem w Polsce. Czesław był wtedy dyrektorem Okręgowego Zarządu Kin – więc niejako "zawodowo" interesował się filmem – ja byłam spikerką w poznańskiej rozgłośni radiowej, a filmem interesowałam się dzięki kilkumiesięczym obserwacjom percepcji krótkometrażowych filmów rozrywkowych przez dzieci w wieku przedszkolnym, co było tematem mojej pracy magisterskiej z zakresu psychologii rozwojowej dziecka, pisanej na UJ w Krakowie.

Spotkania klubowe – pokaz filmu, a potem dyskusja – odbywały się raz w tygodniu w kinie "Muza" przy ulicy Św. Marcin, a ponieważ i pp. Radomińscy i my z mężem mieszkaliśmy na Łazarzu – wracaliśmy do omu tramwajem razem, najpierw na ulicę Chgełmońskiego, gdzie Czesław odprowadzał żonę do mieszkania i zabierał ich psa na spacer, poczxem razem wędrowasliśmy pod nasz dom przy ulicy Orzeszkowej.

O wcześnijeszych losach Czesława nie wiem wiele – tylko tyle, że był przed wojną zawodowym oficerem w 55 pp w Lesznie i krótko przed wybuchem wojny został przeniesiony do Warszawy, a wojne przebył w którymś z Oflagów. Kiedy i dlaczego znalazł się w Poznaniu – nie wiem.

Jak doszło do naszej współpracy w telewizji, której wtedy w Poznaniu nie było?

Czerwiec 1956 roku zapisał sie w kronikach nie tylko z powodu wystąpienia robotników z zakładów Cegielskiego, ale także, że odbywały sie wtedy drugie – po kilku latach niebytu (wiadome leta!) Targi Poznańskie. Fransucka firma "La Radio Industrie" zaprezentowała na nich telewizyjny wóz transmisyjny i w kilku uczęszczanych punktach miasta zainstalowała telewizyjne monitory, aby można było oglądać to, co wóz pokazywał.

Oczywiście – zainteresowanie było ogromne!! W Polsce "raczkowała" wtedy tylko telewizja w Warszawie (Łodzi i Stalinogrodzie), a tu nagle w Poznaniu "powiało wielkim światem". Ale praktycznie i sensowanie zainteresował się tym nasz radiowy kolega, spiker Marian Tokłowicz. Zorganizował Społeczny Komitet Budowy Telewizji w Poznaniu, zainteresował tą ideą kogo należało.

Zakupiono od Francuzów ich "eksponat" targowy, czyli wóz transmisyjny – i sprawa powołania w Poznaniu Ośrodka Telewwizyjnego ruszyła z miejsca. Na tyle szybko, że juz we wrześniu zaczęto kompletować "załogę" - a że telewizja miała podlegać Radiokomitetowi – to głównie pracowników rozgłośni kierowano do nowopowstającego "działu".

Jak to wyglądało w przypadku techniki – nie wiem. W przpadku dziennikarzy sprawa była prosta – po prostuprzesuwano po jednej osobie z redakcji literackiej – do literackiej, ze sportowej – do sportowej, z muzycznej – do muzycznej z wiejskiej – do wiejskiej - itd. Problem powstał, kiwedy się okazało, że w telewizji musi być redakcja filmowa – a takiej redakcji w rozgłośni nie było!

Ale... była niejaka Stengertowa, o której wszyscy (prawie!) wiedzieli, że interesuje się filmem i nawet rozprowadza karty do jakiegoś filmowego klubu!

Wiedział o tym także sam dyrektor Stanisław Kubiak i wezwał mnie do siebie – rozgłośnia, czyli moje miejsce pracy mieściła się w willi przty ulicy Berwińskiego – i mieści się nadal! - a dyrekcja, redakcje, adminmistracja itd. zajmowały kilkupiętroweą kamienicę przy ulicy Strusia 10 – i zapytał, czy zgodziła bym sie przejść do telewizji i poprowadzić tam redakcję filmową.

Propozycję prtzyjęłam z ogromną radością i zapałem, bo choć spikerką byłam juz dwa lata – i to "z konkursu" – to jednak praca dziennikarska bardziej odpowiadała moim zainteresowaniom! No i oczywiście opowiedziałam o tej mającej nastąpić zmianie w moim życiu zawodowym także pp. Radomińskim.i przyjęłam ich gratulacje.

Kilkanaście dni później zadzwonił niespodziewasnie Czesław, kiedy kończę dyżur? Bo musi się ze mną koniecznie spotkać i poradzić w ważnej sprawie. Poradzić? Mnie?

Ten spacer z ulicy Berwińskiego na Orzeszkowej pamiętam do dziś! Czesław powiedział mi, że mianowany właśnie przez dyrektora Kubiaka zastępca do spraw telewizji Jerzy H. Zaproponował mu porzucenie dyrektorskiego stołka w Okręgowym Zarządzie Kin i przejście do redakcji filmowej w telewizji! Czesław powiedział mu, że musi to przemyśleć i odpowie za kilka dni - a mnie się radzi, co ma zrobić? Wie, że to ja dostałam taka propozycję, wie, że redakcje są – przynajmniej na razie – jednoosobowe. Czesław był stuprocentowym dżentelmenem i nawet się nie domyślał, co mogło kryć się za tą propozycją Jerzego. A ja mu tego nie powiedziałam, choć od razu wiedziałam, "co jest grane".

Jerzy nie znosił mnie od chwili, kiedy przeszłam konkursowe eliminacje spikerskie i "zablokowałam" w ten sposób tę funkcję jego przyjaciółce Halinie, o czym dowiedziałam się od radiowej reżyserki, pani Jadwigi Jasiewiczowej, kiedy zwierzyłam się jej, że zamierzam zrezygnować z pracy w radiu, bo mam dosyć uszczypliwych, kąśliwych uwag Jerzego pod swoium adresem, z byle powodu – lub nawet bez!

A teraz, jako "szef", miał okazję pozbyć się mnie bezapelacyjnie! Powiedziałam Czesławowi, że ma się zgodzić, ale pod jednym warunkiem – to on będzie szefem, a ja personelem.

I tak zaczęliśmy funkcjonować – biurko w biurko – przez wiele lat – choć zdarzył się jeszcze jeden incydent: po kilku miesiącach Jerzy zaproponował mi, żebym objęła redakcję dziecięco – młodzieżową. Zgodziłam się z ochotą – aqle pod warunkiem, że zacznę robić programy dla dzieci, ale etatowo będę nadal u Czesława , w redakcji filmowej. I tak było przez kilka miesięcy, a że telewizja sie rozrastała, naszym Naczelnym został Marian Paluchowski (był nim 14 lat!), więc faktycznie objęłam redakcję dziecięco – młodzieżową (na 20 lat) a Czesław zaczął się zastanawiać, kogo przyjąć na opuszczony przeze mnie etat? Kto poza nami interesował się filmem?

W naszym Dyskusyjnym Klubie Filmowym było dwóch "żelaznych" dyskutantów (studentów, czy juz absolwentów) Pięscikowski i Kazimierz Młynasz – ale obaj nie mieli ochoty pracować w TV. Pieścikowski poświęcił się karierze naukowej na UAM, Młynasz został krytykiem. Podsunęłam Czesławowi kandydaturę Andrzeja Wróblewskiego, który też bgywał w klubie i zabierał głos ciekawie i niesztampowo. Wróblewski się zgodził i tak każdy z nas zajął się swoją telewizyjną działalnością juz bez przeszkód, choć... dochodziły nas słuchy o "podchodach" różnych osób, które miały chrapkę na nasze stanowiska. Oboje byliśmy bepartyjni, więc niebezpieczeństwo istniało – ale bardzo skutecznie chronił nas dyrektor Paluchowski – a potem obroniły nas nasze programy – znane, popularne i chętnie oglądane.

Czesław stał się ulubieńcem telewidzów dzięki swojemu cyklowi "Sylwetki X Muzy", do którego zapraszał aktorów, reżyserów, scenpografów, czy muzyków – oczywiście zawsze jedną osobę – który istniał wiele lat.

Czesław prowadził te rozmowy z właściwą sobie kulturą i kurtuazją, więc i zaproszeni goście czuli sie wyróżnieni i widzowie chętnie ten program oglądali.

Nie pamiętam, w którym roku zmarł Czesław – natomiast pamietam, że kiedy leżał w szpitalu, to głównie kolega Mariusz Kozłowski i ja odwiedzaliśmy go codziennie (nie pamietam jego żony z tamtych dni?) i pakmiętam jego siostrę z Łodzi, która po przyjeździe kontaktowała sie z nami. I pamietam, jak bardzo Czesław prosił i jak mu zależało, żeby miał wojskowy pogrzeb. Tę prośbę – po sporych zabiegach u różnych "czynników" udało się Mariuszowi Kozłowskiemu pomyślnie załatwić.

A no cóż! Jeśli najbliżsi współ- koledzy tak niewiele pamiętają, to znaczy, że prawdą jest stwierdzenie, że "wielka sława to żart" Ale już starozytni Rzymianie wiedziali, że "sic transit gloria mundi". Niestety.

Maria Stengertowa
Grudzień 2009

Na zdjęciu: Magdaslena Zawadzka i Czesław Radomiński na planie "Sylwetek X Muzy". Studio TV Poznań, 1969.

Interesująco o Chile


Stało się już dobrym zwyczajem, że dziennikarski Klub Seniora zaprasza na swoje comiesięczne zebrania interesujących gości. Nie inaczej było tym razem, czyli we wtorek, 9 lutego 2010 roku. Gościem dziennikarzy – seniorów była redaktor Kamilla Placko – Wozińska, zastępca redaktora naczelnego „Polski – Głosu Wielkopolskiego”. Czytelnikom tego popularnego poznańskiego dziennika znana jest nie tyle z tej ważnej redakcyjnej funkcji, ale jako autorka cotygodniowego felietonu „Tydzień baby”

Tym razem owa gazetowa „baba” nie opowiadała jednak o perypetiach małżeńsko – rodzinnych swej bohaterki, ale o wrażeniach własnych, jakie wyniosła z pobytu w Chile, w Ameryce Południowej. Redaktor Placko – Wozińska towarzyszyła znanemu zespołowi artystycznemu Politechniki Poznańskiej „Poligrodzianie” w czasie jego występów w kilku miastach tego kraju. Przede wszystkim w stolicy państwa - Santiago de Chile, w San Pedro oraz w Calama na pustyni Atacama.

Ilustrując swoją opowieść kolorowymi zdjęciami dziennikarka „Głosu” mówiła bardzo interesująco o tym, co widziała w odwiedzanych miastach. Zauważyła przede wszystkim duże zainteresowanie i wielką życzliwość mieszkańców w stosunku do przybyłych gości. Dostrzegła wyraźną odrębność strojów oraz zachowana ulicy, czy w innych miejscach publicznych. Uderzająca była też zmienność temperatury w ciągu dnia i nocy. Jeśli w dzień słupek rtęci sięgał 40 stopni Celsjusza, to w nocy spadał do zaledwie kilku stopni powyżej zera. Przystosowanie się do tych zmian nie było łatwe, zwłaszcza dla tancerzy poznańskiego zespołu, występujących w strojach ludowych.

Ukształtowanie powierzchni tego pustynno – górzystego kraju w niczym nie przypomina naszych polskich równin, czy niewielkich wzniesień. Skaliste i górzyste przestrzenie wyraźnie dominują w tym kraju, gdzie drzemią od dawna wygasłe wulkany, ale wciąż „działają” gorące gejzery. Dla tubylców to powszedniość, ale dla turystów i gości z wielu innych krajów – to atrakcja. Do wielu rejonów kraju żywność i inne artykuły pierwszej potrzeby dostarczane są samolotami, gdyż dojazd lądem do miejscowości, leżących wśród gór i skał na wysokości ponad 2 tysiące metrów nad poziomem morza jest niemożliwy.

Poza występami, „Poligrodzianie” spotykali się z miejscowymi zespołami artystycznymi, z młodzieżą szkół i ośrodków kultury. Wymieniano opinie o życiu w obu krajach, a nawet próbowano wzajemnie uczyć się niektórych tańców. Zarówno dziennikarka – prelegentka, jak i członkowie zespołu wspominają pobyt w tym egzotycznym dla nas kraju z dużym sentymentem.

W czasie spotkania z poznańskimi dziennikarzami – seniorami redaktor Kamilla Placko – Wozińska odpowiadała też na pytania, dotyczące Chile i mieszkańców tego kraju, gdzie dominuje chrześcijaństwo, a świątynie i inne miejsca kultu religijnego otaczane są szczególnym szacunkiem.

Józef Mozio


Copyright 2008-2015 by LT Media Net