Numery: 55 54 53 52 51 50 49 48 47 46 45 44 43 42 41 40 39 38 37 36 35 34 33 32 31 30 29 28 27 26 25 24 23 22 21 20 19 18 14 13 12 11 10 09 08 07 06 05 04 03 02 01
Lista członków klubu

Numer (13) listopad - grudzień 2009

Spotkanie 10 listopada



Listopadowe spotkanie Dziennikarskiego Klubu Seniorów odbyło się w poniedziałek, 10 listopada. W drugi wtorek miesiąca – jedenastego – przypadło bowiem święto państwowe.

Niespodziankę sprawił nowy prezes DKS, Ryszard Podlewski, który przyniósł i zaprezentował swoją kolekcję dzwonków i fajek. W czasie spotkania w Sali widowiskowej „Kręgu” brzmiały więc różnego rodzaju dzwonki, tworząc specyficzną, nigdy przedtem niespotykaną na naszych zebraniach atmosferą. Jak zwykle akompaniament do tych dźwięków stworzył kolega Seweryn Biegański, który nie rozstaje się ze swoja harmonijka ustną.

Prezes Ryszard Podlewski wręczył jubilatom – Marii Stengert i Janowi Kurkowi skromne upominki, ufundowane ze składek członkowskich.

Spotkanie 8 grudnia


Interesujący przebieg miało grudniowe spotkanie Dziennikarskiego Klubu Seniora. Przewodniczący tego zespołu – red, Ryszard Podlewski przedstawił zebranym trzech nowych dziennikarzy – emerytów, którzy wyrazili chęć uczestniczenia w jego pracy. Są to: Tadeusz Golenia, Marian Buczkowski i Wojciech Dąbrowski.

Red. Maria Stengert zaprezentowała książki swego autorstwa, ilustrowane przez znanego rysownika Bohdana Butelkę i podzieliła się wrażeniami ze spotkania z czytelnikami.

Nestor poznańskich dziennikarzy – red. Janusz Marciszewski opowiedział o swoich wyprawach do tureckiej prowincji Kapadocja.

Warto zaznaczyć, że comiesięczne spotkania Dziennikarskiego Klubu Seniora – zawsze w drogi wtorek miesiąca, w klubie „Krąg” o godzinie 11 – są otwarte dla wszystkich, których interesuje omawiana tematyka.


Udany ćwiatrek


Czwartkowe spotkanie dnia 26 listopada w „Monidle” okazało się bardzo udane. Stawili się wszyscy stali bywalcy, oprócz Antoniego Antkowiaka. W sumie było osiem osób, czyli Urszula Lipińska, Ryszard Podlewski, Ryszard Danecki, Janusz Marciszewski, Stefan Mroczkowski, Mieczysław Skąpski, Marek Zaradniak i Jan Kurek.

Po dość smutnym początku, kiedy to pod wpływem wrażenia z lektury ostatnich wierszy Ryszarda Daneckiego rozmowa toczyła się wokół tematów martyrologicznych, zebranie nabrało wigoru.

Szczególnie nastrój podniosło przybycie Urszuli Lipińskiej, która nie odmówiła wypicia obowiązkowego „Pieska”.

Nasz prezes, Ryszard Podlewski, niespodziewanie złowił przy sąsiednim stoliku aż kilku kandydatów do DKS. Takiego sukcesu nikt nie odniósł od lat.


Seweryn Biegański o sobie


Pochodzę ze wsi; urodziłem się 22 listopada 1933 roku w Szemborowie, gmina Strzałkowo, powiat Września. Obecnie wieś ta należy do powiatu słupeckiego. To pozostałość po gierkowskiej reformie administracyjnej. W moim starym dowodzie osobistym zapisano, że pochodzę z powiatu wrzesińskiego. Jaką rolę odegrali mieszkańcy tej ziemi – wiadomo z historii.

Gdy wybuchła II wojna światowa miałem 6 lat. W następnym roku miałem iść do szkoły. Nie poszedłem tak jak wielu moich rówieśników –dziewczyn i chłopaków. Szkołę zajmował oddział niemieckich żołnierzy. W tymże roku rozpoczęły się wysiedlenia polskich gospodarzy. Ich gospodarstwa zajmowali niemieccy bauerzy. Biedotę, czyli pracowników najemnych pozostawiono, gdyż potrzebna im była siła robocza. Moja matka otrzymała wezwanie do zgłoszenia mnie do niemieckiej szkoły, którą władze okupacyjne utworzyły w Otoczni. Ta wieś leży na szlaku kolejowym i drogowym Poznań – Warszawa. Z Szemborowa do tej szkoły było ok. 3 kilometrów. Chodziłem do tej szkoły do wiosny 1941 roku. Niemiecki gospodarz, który zatrudnił moją matkę do dojenia krów (nazywał się Ring), widząc mnie kręcącego się koło obory, porozmawiał z matką (znał trochę język polski) i wyreklamował mnie z obowiązku chodzenia do szkoły pod warunkiem, że będę pasł u niego krowy. Moja pastusza dola-niedola trwała do końca wojny

Szkołę w Szemborowie uruchomiono dość szybko po wyzwoleniu wsi. Uczęszczałem do niej dwa lata. Przed wojną była to szkoła 4-klasowa, więc brakowało izb, gdyż oprócz dzieci szemborowskich przyjmowano także te z sąsiednich wiosek. Czynne były tylko dwie izby lekcyjne, zatem podzielono nas na oddziały i w każdej izbie uczyły się po dwie klasy. Nauczycielka jednym zadawała jakieś ciche zadania, a drugą prowadziła normalną lekcje z języka polskiego, matematyki czy innego przedmiotu.

W 1946 r. powrócił do Szemborowa mój ojciec Stefan Biegański. Był w niewoli i pracował w gospodarstwach Niemców w okolicach Koeln. Te tereny wyzwolili Amerykanie i kazali mu pilnować jeńców niemieckich. Stąd późniejszy powrót do domu. Tu się dowiedział, że jego siostra Rozalia Balcerkowa osiedliła się z całą rodziną w Trzciance Lubuskiej, a więc na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Ojciec tam pojechał, znalazł pracę w miejscowej Fabryce Mebli. W 1947 roku jesienią przeprowadziliśmy się do Trzcianki. Zamieszkaliśmy w kamienicy przy ulicy Gorzowskiej. Miałem wreszcie swój pokój, a najważniejsze było to, że mogłem się uczyć przy świetle elektrycznym.

Ponieważ rok szkolny był już w toku, po załatwieniu formalności zostałem przyjęty do szóstej klasy Szkoły Podstawowej przy ulicy Staszica. Po ukończeniu siódmej klasy, był nabór do następnej, czyli klasy ósmej, bowiem wprowadzono wtedy jedenastolatkę (na wzór radziecki, gdzie była 10-latka). Maturę zdałem w 1952 r.. Ponieważ miałem zainteresowania humanistyczne – wybrałem dziennikarstwo. Po egzaminie pisemnym i rozmowie z komisją – zostałem przyjęty na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Był to Wydział Filozoficzno – Społeczny, który miał wydzieloną Sekcję Dziennikarską. Budynek mieścił się w pobliżu Plant, przy ul. Św. Marka. Studiowałem tam rok, bowiem Sekcję Dziennikarską likwidowano i ze 120 osób, które zaliczyły ten rok – tylko 60 mogło kontynuować ten kierunek na Uniwersytecie Warszawskim. Budynek Wydziału Dziennikarskiego mieścił się przy Krakowskim Przedmieściu, tuż za Kościołem pw. Świętego Krzyża.

Studia w Warszawie trwały 4 lata (w Krakowie tylko) i można było wybierać specjalizację. Wybrałem sportową, ponieważ uprawiałem czynnie piłkę nożną (grałem w „Lubuszaninie), a interesowały mnie również inne rodzaje sportów. Nic dziwnego, że dziennikarstwo sportowe było moim powołaniem. Zajęcia soecjalizacyjne mieliśmy w Akademii Wychowania Fizycznego na Bielanach i tam pisałem pracę magisterską. Jej tematem była monografia czasopisma „Sport”, które wychodziło przez kilka lat we Lwowie. W przerwach wakacyjnych odbywałem miesięczne praktyki dziale sportowym „Gazety Poznańskiej”, „Przeglądzie Sportowym” w Warszawie i przy redagowaniu jednorazówki dla Zakładu Przemysłu Gumowego na warszawskiej Pradze.

Z nakazem pracy znalazłem się w dziale sportowym „Expressu Poznańskiego”, była to popołudniówka. Tu nauczyłem się pisać krótko i szybko. Po dwóch latach pracy byłem już wciągnięty w nurt życia sportowego wielkopolski. Operatywny naczelny Leonard Wąchalski wpadł na pomysł aby wydawać w poniedziałki „Express Sportowy”, który ukazywał się rano. Zbliżała się olimpiada w Rzymie, moim pomysłem i wykonaniem był cykl materiałów z historii ruchu olimpijskiego. Miał on tytuł „Od Aten do Rzymu”.

Niestety poranny „Express Sportowy” był konkurencją dla organu KW PZPR czyli „Gazety Poznańskiej” i decyzją władz RSW „Prasa – Książka – Ruch” został zlikwidowany. Osobiście znalazłem się chwilowo na lodzie, bowiem mój etat był związany z „Expressem Sportowym”. Pracę znalazłem dość szybko w „Gazecie Poznańskiej”, gdzie pełniącym obowiązki kierownika działu sportowego był Stanisław Garczarczyk. Pracowałem w tym dziale do 1968 roku. Następnie (krótko) w dziale partyjnym, gdzie zajmowałem się sprawami socjalnymi załóg zakładów pracy. Następnie przerzucono mnie do redakcji nocnej, w której pełniłem funkcję redaktora technicznego, a potem depeszowego. Nie zerwałem jednak kontaktu z działem sportowym, zasilając kolegów materiałami do poniedziałkowych wydań „Gazety Poznańskiej” i pomagając w obsłudze imprez sportowych, głównie bokserskich. Wreszcie moim końcowym etapem aktywności zawodowej była praca w dziale rolnym, w którym pisałem głównie o rolnictwie indywidualnym, działalności kółek rolniczych, kół gospodyń wiejskich i usługach SKR- owskich.

Po znamiennym roku 1989 nowe kierownictwo redakcji połączyło działy przemysłu i budownictwa oraz rolny w jeden dział gospodarczy. Mnie zaproponowano kierowanie działem terenowym. Była to praca bardziej administracyjna niż twórcza. Z tego oraz innych powodów (także finansowych) przeszedłem do redakcji „Głosu Wielkopolskiego”. Po czterech latach pracy w redakcji nocnej spełniłem warunki do przejścia na emeryturę.

O zbiorze moich fajek


Dla zwykłego palacza papierosów fajka to kłopot, niepotrzebne dodatkowe przyrządy, czyszczenie, jednym słowem różne skomplikowane czynności... Dla palacza fajki to nieodzowny rytuał, zajęcia nieodzowne i zrozumiałe.
Dlatego, kiedy zobaczę kogoś kto pali fajkę łączy mnie z tym człowiekiem jakaś wspólnota nałogowców, których zadymianie środowiska, jak to głosił kiedyś tygodnik "Przekrój"-...mniej szkodzi". Dziś, po 20 latach pykania fajki, wiem o tym nałogu dużo więcej, ale przecież nie wszystko. Zawsze jednak spotykając "fajczarza" zapytam na wstępie:- Ile pan ma fajek, Kolego? Jeśli odpowie:- No tę, tylko jedną! Wiem już , że to nie palacz fajki prawdziwy, ale niechluj, trujący się może bardziej "mniej szkodząca fajką" niż inni "nikotyniści". Żeby palić zdrowo, estetycznie, należy mieć stale, co najmniej 4 czyste, gotowe do użycia fajki. Jest bowiem zasada, że po wypaleniu pełnej fajki, należy ja odłożyć, aby "wypoczęła", najlepiej na jeden pełny dzień (24 godziny). Oczywiście nie odkłada się mokrej, brudnej, ale zawsze przed spoczynkiem czyści się specjalnymi wyciorami. Potem można zapalać drugą i następne. Niechluja fajkowego poznaje się także po obrzydliwym, uszy raniącym "siorbaniu", przepełnioną wilgocią smolistą, której, jak stwierdzili naukowcy: "kropla zabija konia"!

Dla całkiem postronnego obserwatora fajka to przyrząd w kształcie litery "L" lub "S". Prosty niby instrument do palenia wonnego, lub wręcz smrodliwego tytoniu. Aby być mniej trudnym do zniesienia dla otoczenia, należy stosować miłe mieszanki, w których zazwyczaj ma swój udział słynna ,holenderska "Amphora".

Swoim Kolegom z Klubu Starszych Dziennikarzy przedstawiłem zaledwie kilkanaście swoich fajek, zwłaszcza tych , które nabyłem w czasie najrozmaitszych podrózy. Wielu z nich nie zapaliłem nawet ani razu...Nic dziwnego-były to przeważnie fajki ozdobne, wykonane z drewna, którego do palenia tytoniu używać nie należy. Najważniejszą częścią fajki jest jej "główka" , która wg. wytrawnych znawców musi być wykonana z jednego kawałka "wrzośca angielskiego", który składa się na część w której się pali tytoń w b. często wysokiej temperaturze. Ów korzeń spełnia te wymogi i odpowiednio używana fajka służyć może przez wiele lat. Im większego trzeba było kawalka tego surowca, tym fajka cenniejsza, no i oczywiście droższa . W każdej walucie.

Tureckie fajki, wykonywane są z tzw. "morskiej pianki", która z biegiem lat z beżowo-białej robi się niemal brązowa . Nasi rodacy wykonywali fajki z drewna wiśniowego, zaś mogła być także ceramika, a więc różne rodzaje wypalanej glinki do kaolinu, bo porcelanowe także były w powszechnym użyciu.

W moim zbiorze mam fajki francuskie" bruyere", oraz angielskie typu "falcon", które mają główki z wrzośca, ale wkręcane w cybuch metalowy, spełniający role "chłodnicy".Słyszałem, ze francuscy palacze mówili o tym "wynalazku" z politowaniem. Pokazałem także" lulki": ukraińską i rosyjską . Nie zapaliłem ich ani razu, bo choć ozdobne, zdają się być z zupełnie niewłaściwego surowca... Zainteresowanie budzą zawsze: fajki regionalne : huculska, śląska, czy niemiecka zamykane na rodzaj odchylanych wieczek, raz np. z kratką przepuszczającą więcej ,lub zamykane dość szczelnie,by dopływało mniej powietrza. Może tak być z oszczędności... Sensacją była wielka, długa, zatrzaskiwana od góry drewniana pokrywką" faja" z głową ponoć jakiegoś władcy gór-może Karkonosza (?) jest tak długa, że trzeba ja rozkładać na dwie części, żeby się mieściła w walizeczce.

Koledzy zapytali dlaczego, choć wielokrotnie jestem w USA , nie kupiłem dotąd indiańskiej :"fajki pokoju"? Przyczyna jest prosta, ale nawet w sklepach stylizowanych na tzw. "General Store" na ich niby "Dzikim Zachodzie", znalazłem okazałe egzemplarze. Były ozdobione piórkami kolorowych ptaków, paciorkami, itp. itd. , ale kiedy im się bliżej przyjrzeć zawsze gdzieś można było znaleźć informacje: "Made in China". Ponieważ taka wiadomość odstrasza wielu , ostatnio pisze się: "Made in PRC". Ale tu ostrożnie! Ten skrót to po prostu "Peoples Republic of ...China".A prawdziwie chińską mam w zbiorach. Ma główkę z twarzą skośnookiego człowieka, a dostałem ją od Koreańczyka, który podobno dostał ją skolei od kolegi z Chin. Praktyczna to sztuka, bo nawet pisząc artykuł, nie musiałem szukać dla niej stojaka, czy popielniczki, po prostu sama grzecznie stoi na ściętej od dołu główce... No to :pyk-pyk!

Ryszard Podlewski


Copyright 2008-2015 by LT Media Net